prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed

Wtorek, 7. września 2010 r. | Ostatnio dodane: Tori, Thom & Edyta [2010-09-05] i Koncert EB [2010-08-29]

niecodziennik: lipiec 2006

«« »»

Szukając nie wiadomo czego /Poniedziałek, 3. lipca 2006 r./

Żadnych fascynujących historii, których mógłbyś mi pozazdrościć. Dzień złożony w czterech piątych z pracy; wieczorem trochę muzyki, czasem jakiś film. Naprawdę nie ma o czym pisać. W pustym łóżku nucę sobie do snu piosenkę. Jak co miesiąc kupiłem kilka fajnych rzeczy i używam. Nie można kupić wszystkiego; na szczęście każdy sen jest za darmo.

Miałem wczoraj jeden z tych, na które czekam najbardziej. Takie rzadko się śnią. Było mi tak cholernie dobrze, mógłbym już w ogóle się nie budzić. Wtedy zawsze od pewnego momentu wiem, że to nie jawa — przy koszmarach mam podobnie. Paradoksalnie dzięki temu udaje mi się przedłużyć śnienie.

Dzisiaj w pracy było trochę nowych rzeczy (jedna z nich to właściwie nie rzecz, tylko nowy-stary kolega). Od jutra mam cztery dni wolnego. Co ja zrobię z takim mnóstwem czasu :-] Może porządki? Dokończę książkę, pozałatwiam kilka spraw; odpocznę (niekoniecznie przy komputerze). Wieczorami będę się upijał sokiem ze świeżo wyciśniętych grejpfrutów. Nocą pojeżdżę w marzeniach.

Coś jest ze mną nie tak. Gdzieś popełniłem błąd. Nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jestem sam z wyboru, czy dlatego, że zawsze decydują inni. Czy dlatego, że nie wierzę, czy może przez to, że wierzyłem za bardzo. Czy dlatego, że się boję, czy z powodu mojej bezwstydnej odwagi. Nie wiem.

Stałem się kimś, kim nigdy nie chciałem być. Muszę oglądać się w lustrze z całą świadomością swojego upadku. Panie i panowie, jestem czysty moralnie i fizycznie. Czego chcieć więcej. Po śmierci trafię prosto do nieba, bo właśnie tam wędruje każdy brzydki i grzeczny chłopiec.

Osierociłem własne marzenia. Czasem przychodzą do mnie, ale już tylko w snach. Nie wiem, jak udowodnić im, że w ogóle nie miały prawa się narodzić. Zresztą to nieistotne. Kiedyś i tak wyręczy mnie czas.

O kilku fajnych rzeczach /Wtorek, 4. lipca 2006 r./

chłopaki na EuroPride ’06

Kupiłem dwie pary długich spodni. Były cholernie drogie, ale już podczas przymierzania wiedziałem, że nie ma sensu żałować grosza. Leżą jak ulał, sprawiają wrażenie, jakby były szyte na miarę (przy moim wzroście i wadze to istotna kwestia) i ogólnie są po prostu piękne! Ach! Jestem trzynaście razy brzydszy od nich. Nosząc je, będę czuł, że popełniam jakąś zbrodnię ;-)
Dzisiaj przyszła wreszcie płyta Delonsów. Nigdzie nie mogłem jej dostać, musiałem ratować się Merlinem. Album bardzo przyjemny, zwłaszcza „Tajfun 18”, „Fordy”, „Kowboj Eugeniusz” i „Zdjęcia”. Słucham właśnie, przepijając dźwięki czerwonym słodkim winem, które uwielbiam. Obejrzałem „Mambo Italiano”; w łóżku towarzyszyć mi będzie Sławomir Shuty i jego „Zwał”. Może uda mi się jakoś zabić samotność?
Gdzie tam. Zdjęcie pochodzi z EuroPride 06, na którym mój znajomy zrobił kilkaset świetnych fotek; zgodził się na to, żebym sobie jedną umieścił. Wybrać nie było łatwo, ale uległem swoim propagatorskim ciągotom, jednocześnie stawiając jak zwykle na wrażenia estetyczne. Inaczej chyba już nie umiem.

Zjedź ze mnie /Środa, 5. lipca 2006 r./

Stanu, w jakim tkwię dzisiaj, nie opiszę słowami. Tego się nie da zrobić. Cały Skalpel z odrobiną Pati Yang, mniej więcej tak. Mógłbym krzyczeć, tylko po co. Wytrzymałem długo, będzie chyba z kilka miesięcy. Praca zabiera cały i tak niepotrzebny mi czas. Wystarczyły dwa wolne dni i oto rozpadam się na kawałki. A przede mną drugie dwa. Jak ja to zniosę.

Droga, którą idę, jest długa i pusta. Znalazłem się na niej którejś zimy, nie pamiętam dokładnie, w jaki sposób, chyba prosto z łóżka jakiegoś faceta. I mamy kolejne lato, a ja nadal nią idę. Nawet jeśli ktoś z rzadka mnie minie, w ogóle na niego nie patrzę, wstydzę się. Idę dla samego przebierania nogami. Wyrabiam sprężystość ud i łydek, która do niczego mi się nie przyda, tak jak włosy na nogach. Idę, idę i dojść nie mogę.

O Boże (któryś nie jest!), czemu tak szeroko i rozlegle? I czemu ten pan tak krwawił… Skatowałem go, bo szedł prosto na mnie. Nie miałem wyjścia. Musisz mi uwierzyć. Teraz nie widać nikogo. Za karę, wiem. Długo.

Nagle zapada najciemniejsza z małomiasteczkowych nocy. A ja nadal idę. I mimo że od tego chodzenia jestem silniejszy, robi mi się jakoś niewyraźnie. Ale wiem, że będę kroczył do upadłego, aż zrobią mi się odciski, aż zacznę krwawić z pięt i oczu. Wtedy znów ktoś wyłoni się z otchłani. Nomen omen jakiś mężczyzna. Z ciemnymi włosami / wysoki / chudy (coś z tego na pewno). Z zarostem lub bez, to już bez znaczenia. Żadne policzki już nigdy mnie nie podrapią.

Wezmę go tylko w ramiona; przytulę, zanurzę palce w czuprynę. To wszystko. Wyśliźnie mi się czym prędzej z rąk i pokuśtyka w noc rozpusty. Zapomni o mnie trzynaście razy szybciej niż ja o nim. Zawsze.

I dopiero potem zrobi się jasno. Ale tuż przed świtem upadnę na asfalt i nagle ni stąd ni zowąd przejedzie mnie jakiś motocyklista. Ot tak, bo nie zauważył, że to byłem ja. Ty kutasie! Obyś się wyjebał. Już zaczynałem dostrzegać horyzont.

Jeśli wiesz /Niedziela, 9. lipca 2006 r./

Dzidek 2006

Rano śniło mi się całowanie z Matthew Foxem. Zaskoczyłem sam siebie. Mój Boże, jakież to było przyjemne. Właśnie dlatego leżałem na łóżku aż do 10:30 (z powodu panujących upałów celowo piszę „na” zamiast „w”). Jak na mnie to bardzo długo, nawet w niedzielę.

Po południu wybrałem się rowerem na spotkanie z Chłopakiem1 (operacja o kryptonimie „Szukam Faceta” rozpoczęta?). Trwało jakieś dwie godziny; zaraz po nim całkiem spontanicznie zahaczyłem jeszcze o znajomego, u którego zawsze dobrze mi się siedzi, bo to bardzo miły znajomy jest, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. Wróciłem na „Fakty”.

Od jutra ostateczny powrót do rzeczywistości, czyli pięć tygodni w pracy i oczekiwanie na dwutygodniowy urlop. Właściwie to podjąłem już decyzję, że nigdzie nie wyjeżdżam, zwłaszcza kiedy dowiedziałem się, że siostra za tygodniowy pobyt nad pobliskim morzem zapłaci przynajmniej 600 złotych (zakwaterowanie i wyżywienie). Taki cennik to ja pierdolę. Zdecydowanie bardziej niż szum zimnych fal ucieszy mnie nowa, niebieska kanapa, którą już upatrzyłem oraz szaforegał (jeszcze nie upatrzony), którym w końcu zastąpię segmentowy staroć.

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę, ale mam nadzieję, że po 31. sierpnia dostanę umowę na czas nieokreślony. Boję się, że właśnie teraz, kiedy zaczęło mi zależeć, moje nadzieje okażą się płonne. Lepiej trzymajcie kciuki. Myślę, że mam spore szanse, jestem całkiem dobry w tym, co robię. Ale — jak wiadomo — na układy nie ma rady.

Lato nieźle daje mi w kość. Libido podskoczyło o jakieś 69 punktów procentowych. Nie zanosi się na tendencję spadkową. To takie kurewsko niesprawiedliwe, że zupełnie nie ma co z tym zrobić. Nie licząc dzisiejszego pocałunku ze snu, ostatni miałem we wrześniu. Ciekawe, czy dotrwam w tym stanie do rocznicy. Coś podpowiada, że nie. Oby.

Czy wiecie, że w grudniu skończę 26 lat? Do mnie w ogóle to nie dociera. W o. gó. le. Akurat tyle miał mój były, gdy zaczynał chodzenie ze mną. A ja, po ponad dwóch latach od rozstania, boję się chodzić z kimkolwiek innym.

Przynajmniej jestem już na tyle świadomy i mam tę przyzwoitość, żeby się do tego przed samym sobą przyznać. Po czym wnioskuję? Od września do grudnia zeszłego roku miałem bardzo fajnego kandydata i właśnie z wyżej opisanych powodów nawaliłem na całej linii. Niewiele się zmieniło, ale przynajmniej wiem już, w czym tkwi problem. Może teraz uda mi się coś z tym zrobić.

Dzięki za olśnienie — kimkolwiek jesteś.

A kandydata chciałem przeprosić za zamieszanie. Wiem, że na pewno to przeczyta. Bardzo Cię lubię, Kandydacie :-) I Dzidka też!

W kalejdoskopie /Środa, 19. lipca 2006 r./

Jeśli już za mną nie idziesz, odwrócę się bez strachu i nie zobaczę nic. Ostatnie dźwięki twojego śmiechu rozpłyną się gdzieś w środku ucha. Postać zniknie nawet ze snów. Od tej pory znowu będą traktować jedynie o troskliwym nieznajomym bez twarzy.

Szedłem i dawałem po mordzie każdemu, który mnie mijał. Czy nie tak? Stałem się niedobry. Za wszystko niedobre, które nie minęło mnie.

Ilu z was skrzywdziłem? Aż boję się pytać. Nawet nie wiecie, czym sobie na to zasłużyliście. Powiem wam. Bo nie mogłem zranić tego, którego chciałem najbardziej. Bo nie było jak. Bo zawsze był za daleko i jednocześnie zbyt silny, bym mógł się na to zdobyć. Raniłem więc wielu słabszych, aż się wyrówna.

Sześć lat na Homikach. To o tym samym, tylko z częstochowskimi rymami. Enjoy.

Termin i długość mojego urlopu zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Aktualnie będzie między 28. lipca a 4. sierpnia. Trochę mi się skrócił, prawda (tutaj wzdycham)? Może zostawię to bez komentarza.

Tak czy inaczej postanowiłem już, że wybieram się na dziadkową wieś. Wcześniej zrobię porządki w szafkach, tak żebym przed wyjazdem mógł jeszcze zmienić meble (regał, szafa i kanapa — przynajmniej takie są plany), a to, co uznam za już nigdy nieprzydatne, wywieźć i spalić w ognisku. Kupię też kilka książek do czytania nad wodą. Już się nie mogę doczekać.

Odpisałem jakiemuś facetowi na ogłoszenie. Nie wiem, po co.
O, już środa…

Podczas randki z Morrisseyem /Niedziela, 23. lipca 2006 r./

Jakoś w tym skwarze dobrnąłem do weekendu — czytaj: niedzieli — i już nie mogę się doczekać popołudnia. Idę do kina z Pięknym Nieznajomym (czyli starym dobrym znajomym) na „Kochanków z Marony”, a wcześniej na chwilę do Gejlerii; na liście zakupów nowa klawiatura (nie chce mi się czyścić starej z sześcioletniego brudu), ze dwie koszule, dwie książki — już wiem, jakie — i DVD Heya. Może jeszcze jakaś czapka, co bym na wsi udaru nie dostał.

A niedziela należy do Morrisseya.

Czas spojrzeć na siebie nieco bardziej obiektywnie. Zrobić jakiś bilans, zapisać na kartce wszystko, co dobre i to, co złe. Uśmiechać się częściej. Nawet jeśli z początku będzie to uśmiech przyszywany do skóry grubymi nićmi, po kilku latach sam nie zauważę różnicy.

Czas zapomnieć o tym, co nieistotne.

Pokonałem sporo własnych słabości. Nadal nie nazwałbym się silnym facetem, ale idzie ku lepszemu; umiem już odróżniać pozory prawdy od fikcji, potrafię zaciskać zęby i robić kolejny krok. I następny też.

Pozdrawiam nabijających licznik (szczerze się nie spodziewałem, że w ogóle będzie rósł, tym bardziej że zlicza tylko pierwsze wejście z danej sesji przeglądarki). Jakiś felieton niedługo napiszę, coś mi chodzi po głowie… Facet od ogłoszenia olał mój długi i szczery list. Trochę zabolało, ale co to za ból. Ci faceci, których chcę mieć, już przecież tacy są ;-)

Zuchwały /Czwartek, 27. lipca 2006 r./

I jeśli naprawdę mi się spodobasz, i będziesz takim fajnym facetem, że się aż prawie zachłysnę, to nie ma szans, żebyś tak samo pomyślał o mnie. I jako taki fajny facet na pewno dobrze to wiesz.

Zatem proszę: doświadczaj mnie mocniej.

Kasia Stankiewicz /Piątek, 28. lipca 2006 r./

spocony prawiebrunet

„A jak przyjdzie ten dzień… właśnie ostatni dzień… wezmę za rękę cię… nie zatrzyma mnie nikt…”

Kupiłem kanapę! Hurra! Jest świetna i niebiesko-miodowa. A jaka twarda. Już nie mogę się doczekać nocy. Poprzednią wersalkę miałem jakieś 15 lat i nie zostało z niej wiele, ale pewnie i tak przyda się na rodzinnej wsi.

No właśnie, skoro już jestem przy wsi, od razu przypomnę, że w mieście jestem jeszcze tylko góra kilkadziesiąt godzin. Później pakuję do plecaka kilka książek i wybywam na łąkę, nad rzekę… Tylko cztery dni, ale dobre i to. Na wszelki wypadek wyłączyłem komórkę, bo nie mam wcale ochoty, żeby mój tygodniowy urlop (skrócony z dwutygodniowego) okazał się urlopem dwudniowym.

Nie wiem, czemu tak jest, że zawsze kiedy narobię sobie jakichś nadziei, nic nie wychodzi. Może mój kumpel z pracy ma rację — lepiej cały czas myśleć, że na pewno się nie uda (w jego przypadku bardzo ostatnio poskutkowało). Tylko że ja tak chyba nie potrafię. Jestem jakimś dzieckiem nieszczęścia (czy coś w tym stylu).

Gdyby ktoś chciał sześcioletnią, bardzo brudną, ale w stu procentach sprawną i przyjemnie naciskalną klawiaturę Samsunga to niech się zgłasza. Od dzisiaj piszę przy pomocy ultrapłaskiego logitecha, więc tamta na nic mi się już nie przyda. Polecam się.

Wraca mi ochota do regularnego pisania. W głowie kłębią się pomysły na felietony, teksty piosenek. Chce mi się czytać książki, oglądać filmy, a potem Wam o nich opowiadać. Pokazywać Wam mój świat — jak za starych dobrych (ekshibicjonistycznych) czasów, gdy pisałem prawie o wszystkim. W międzyczasie kupię aparat cyfrowy, dojdą jakieś nowe zdjęcia. Na swoim wirtualnym serwerze mam do dyspozycji dwieście megabajtów; wykorzystuję pięć.

W ten weekend czekają nas rekordowe upały. Nie wiem, jak zniesie to moje rozszalałe libido, jak zniosę to ja! „A to chyba wbrew naturze… by sprzeciwiać się naturze…” Do przeczytania w niedzielę.

Moje ciało jest zmęczone /Niedziela, 30. lipca 2006 r./

Tym gorącem, totalnym sklejeniem każdego centymetra kwadratowego. Nawet wizyta u fryzjera nie pomogła. Nadal przecież czuję grzywkę.

Brakiem dotyku, totalnym odczuciem opuszczenia na każdym kwadratowym milimetrze. Nawet wizyta w Internecie nie pomogła. Nadal przecież wyłączam na noc komputer. Ha.

Pomyśl, że kładziesz się ze mną.
Może choć przez moment zrobi mi się chłodniej.

I tak od trzech lat. Bożesztymój, jak ten czas zapierdala. »»

Dobry XHTML 1.0 Strict | (CC) 1996 — 2010 Some Rights Reserved