prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed
niecodziennik: sierpień 2006
The Last Trick /Wtorek, 1. sierpnia 2006 r./
Siedzę, pozwalam się strzyc. Jest sobotni ranek. Obok mnie na drugim fotelu on. Nie patrzę ani w lustro, ani na niego. Chyba nie myślę o niczym szczególnym.
I nagle słyszę: „Proszę się nie trudzić, i tak zaraz założę kask…”. Zezuję w lewą stronę, spoglądam w lustro.
Za moment wstaje, płaci. Kątem oka widzę, jak przytrzymuje sobie kurtkę. Minutę później przed salonem rozlega się ten dźwięk. Strzygąca mnie szefowa zastyga na chwilę z maszynką w dłoni i mruczy coś jakby „fiu-fiu”.
Do głowy przychodzi mi zdanie: „Zawsze wydawało mi się, że motocykliści to tacy faceci, którzy lubią robić wokół siebie sporo szumu…”. Wydaje mi się zabawne, ale nie wypowiadam go. Na zewnątrz nic już nie słychać. Patrzę w lustro. Gdzieś ze środka mnie dobiega „Life Is a Pigsty” Morrisseya, finał.
Dwa dni później, gdy wczesnym wieczorem przespaceruję się wzdłuż torów pociągowych na obrzeżach mojego niedużego miasta, wreszcie przyjdzie do mnie odczucie nieograniczonych możliwości (tak tak, znów pochłaniam Cunninghama). Pomyślę, że jestem gotowy.
Jak widać, nigdzie nie pojechałem. Ale może to i lepiej. Może i lepiej.
Jutro jadę do Wawy. Jak wrócę, to Wam powiem.
Broken Flower /Piątek, 4. sierpnia 2006 r./
W pociąg z Łodzi Fabrycznej wsiadam w środę o 16:20. Na Centralnym zjawiam się o 18:30. Warszawa za każdym razem wydaje mi się większa. Myślę o tym, kiedy czekam na Niego.
Pierwszą atrakcją wycieczki jest śmieszna fontanna otoczona przez biura warszawskich rekinów biznesu, tryskająca prosto z chodnika w momentach, kiedy każdy spodziewa się tego najmniej. Jeszcze nie potrafię patrzeć Mu w oczy. Pary damsko-męskie trzymają się za ręce i wpatrują w fontannę tak samo jak my.
Szybka kolacja, a później kino; świetne „Broken Flowers” Jarmuscha. On czasem głośno się śmieje. Ja swoim zwyczajem siedzę dość cicho. Po seansie dom.
Późnym wieczorem siadamy na oddzielnych kanapach i dopiero teraz zaczynamy tak naprawdę rozmawiać. Czuję, jakby między mną a Nim ktoś rozwieszał delikatne nitki rodzącego się kontaktu. Jest już czwartek, gdy kładziemy się do łóżek.
Wstaję wcześniej od Niego. Myję się, a później czytam „Sprawiedliwość owiec”. Po śniadaniu zjedzonym niemal w porze obiadowej zakładam nie swoją koszulkę, cudze spodenki i buty, biorę ofiarowany mi rower. Jedziemy nad Wisłę, gdzieś gdzie oprócz nas nie ma nikogo (tylko wędkarz, ale pojawi się znacznie później). Lokujemy się na skarpie i kontynuujemy przerwaną rozmowę na mniej i bardziej cielesne tematy. Delikatne nitki kontaktu, rozwieszane między nami, mienią się w promieniach nadwiślańskiego słońca, trącane przez latające owady.
Gdy wracamy, robi się ciemniej i chłodniej. W drodze zatrzymujemy się kilka razy, zatapiamy w środku przyrody i jemy — między innymi lody, jakich chyba nigdzie indziej nie miałbym okazji spróbować.
Kiedy docieramy do domu, na zewnątrz jest już całkiem szaro. Od razu wchodzę pod prysznic; później siedzimy na jednej kanapie i oglądamy pewien filmowy eksperyment, rozmawiając i pijąc. W świetle telewizora połyskują napięte nitki zawiązanego kontaktu, teraz krótsze i odporniejsze. Nie mam w sobie tyle siły, by je zerwać; czuję, jak coraz mocniej oplatają nas obu. Jego ręka. Godzę się z tym.
Podłoga. Sufit. Noga stolika.
Budzę się w środku nocy. Przez otwarte okno słyszę, jak mocno pada deszcz. Ten odgłos pomaga pamiętać, że to nie sen. Na sny przyjdzie przecież pora później. Tymczasem odwracam głowę od okna i po raz kolejny czerpię pełnymi dłońmi z niewiarygodnej jawy. Myślę sobie, że nie powinienem tak bardzo się zatracać. Aż po same czubki moich palców w Jego czarnych włosach.
Rano pada już znacznie mniej.
Wybiegam z samochodu tuż przy Centralnym, wpadam do hali i tylko dzięki temu, że dwóch niemiłych facetów przepuszcza mnie w kolejce po bilet, udaje mi się zdążyć na pociąg o 14:20. Następny miałbym dopiero za godzinę, w trakcie której być może stałoby się ze mną coś niedobrego.
W środku ścisk, ale jak zwykle tylko na początku. Po około czterdziestu minutach zajmuję miejsce siedzące, w dodatku przodem do kierunku jazdy. Piszę jeden SMS za drugim. Starsza pani, siedząca naprzeciwko mnie, trzymając za rękę męża, mówi „Młody, a już taki smutny…”.
Odrywam wzrok od wyświetlacza, spoglądam na nią. Patrzy w moje w oczy.
Funeral Blues /Niedziela, 6. sierpnia 2006 r./
Stop all the clocks, cut off the telephone,
Prevent the dog from barking with a juicy bone,
Silence the pianos and with muffled drum
Bring out the coffin, let the mourners come.
Let aeroplanes circle moaning overhead
Scribbling on the sky the message He Is Dead,
Put crepe bows round the white necks of the public doves,
Let the traffic policemen wear black cotton gloves.
He was my North, my South, my East and West,
My working week and my Sunday rest,
My noon, my midnight, my talk, my song;
I thought that love would last forever: I was wrong.
The stars are not wanted now; put out every one;
Pack up the moon and dismantle the sun;
Pour away the ocean and sweep up the wood;
For nothing now can ever come to any good.
Autorem wiersza jest Wystan Hugh Auden. Nie znam smutniejszego fragmentu poezji. Jak się okazało, do teraz nie znałem też najsmutniejszej niedzieli mojego życia. Sam nie potrafiłbym napisać dziś niczego tak mądrego… dziś potrafię tylko dziwić się, że tuż po piętnastej ziemia nie pochłonęła mnie żywcem.
Tyle słów chciałbym wykrzyczeć. Wstrząsa mną tak mocny dreszcz odrazy do samego siebie. Chciałbym ukarać się za to, jaki jestem. Chciałbym być polnym kamieniem. To, co czuję, i tak nie będzie miało żadnego znaczenia. Przynosi mi tylko ból, jakiego nie jestem w stanie w sobie pomieścić.
Gdyby dzisiaj świeciło przynajmniej słońce. Gdybym nie przemókł do suchej nitki. Być może wtedy zapamiętałbym tę niedzielę jedynie jako trudną lekcję godzenia się z tym, że pewne rzeczy nie spotkają mnie nigdy. Gdyby świat nie płakał razem ze mną. Gdyby Bóg, zamiast okazywać mi współczucie, zdecydował raczej oszczędzić mnie ten jeden raz.
Ale nie jest tak. Po zapłakanym deszczem dniu zdarzy się tak samo zapłakana noc. Bezbronny niczym żółw, którego ktoś ograbił z pancerza, położę się do łóżka. Nie będę wspominał i marzył. Zamknę oczy. We śnie zamienię się w kamień.
Nie jadłem prawie nic od dwudziestu godzin.
Uprzejmie informuję /Środa, 9. sierpnia 2006 r./
Moje buty już całkiem wyschły.
Smak życia /Czwartek, 10. sierpnia 2006 r./
Jeśli kiedykolwiek mówiłem lub pisałem, że chciałbym umrzeć, kłamałem. Nie ma nic lepszego niż życie. Boję się śmierci. Z całych sił pragnę żyć jak najdłużej. Życie kryje w sobie znacznie więcej niespodzianek niż śmierć.
Jestem typem, który raczej zmaga się z rzeczywistością, niż bezwiednie ją przez siebie przepuszcza. Dziwny ze mnie człowiek, taki mądry i taki głupi zarazem. Czasem tak mocno czuję smak życia, jak gdyby był to smak języka bliskiego mi faceta w moich ustach. Bez znaczenia jest to, czy ten język akurat rzeczywiście się tam wtedy znajduje.
W taki czwartkowy wieczór jak dziś, gdy siedzę przed komputerem, słuchając ukochanych audycji Metza i Kaczkowskiego na Trójce i niby nic się nie dzieje — też go czuję. Dokładnie w taki sam sposób. Nie ma żadnej różnicy. Niesamowite, ale jest tak naprawdę. Słodko-kwaśny smak mojego życia.
Czas dorosnąć. Stać się bardziej wymagającym wobec siebie. Przestać się poddawać. Zrobić listę spraw do załatwienia, które od dawna nie cierpią zwłoki, cierpią za to pozostawione samym sobie. Nie chcę zadawać im bólu. Nie chcę się już więcej spóźnić.
Zielone bojówki /Środa, 16. sierpnia 2006 r./
(pisane nocą ze środy na czwartek)
Wczoraj był wolny dzień — jakieś Wniebowzięcie Wojska Polskiego czy coś w tym stylu. Ściągałem muzykę, wypalałem płyty, trochę czytałem między wierszami. Z jakieś pół dnia wybierałem przy pomocy Internetu telefon, co nie jest zbyt łatwe, jeśli ma się tak niecodzienne wymagania jak długa żywotność baterii połączona z brakiem (i tak kiepskiego) cyfraka tudzież innych bajerów. W końcu się zdecydowałem. Jak tylko zdobędę zaświadczenie, pójdę do salonu. Nie mogę się już doczekać „darmowych” połączeń do Orange i na stacjonarne codziennie między 22:00 a 9:00. To będzie prawdziwa rozpusta. Drżyjcie.
Trzymając w dłoni upragnioną umowę o pracę na czas nieokreślony, która wejdzie w życie pierwszego września, odczuwam coś na kształt szczęścia. Jest dość mgliste, jednak wyczuwalne. Moja siła, cierpliwość i pracowitość zostały nagrodzone. Oto po prawie roku zmagań z korporacyjną rzeczywistością staję się kimś, kto zdobywa prawo do marzeń o tzw. zdolności kredytowej. Przyszłość staje przede mną otworem.
Dziś kupiłem sobie zielone bojówki. Tanie były, tylko 29,90. Wyprzedaż. Być może nieco za wąskie w udach, ale i tak noszą się świetnie. Nigdy się nie spodziewałem, że tak polubię kupowanie ciuchów. A na wieszakach kuszą już sweterki z nowej kolekcji za jedyne 99,00 sztuka. O nie. Co najwyżej jeden tej jesieni! No, góra dwa. W końcu przecież czymś trzeba nadrabiać niedostatki urody ;-)
Nie wiem, czemu jeszcze nie śpię, zwłaszcza że jutro (dzisiaj) czeka mnie być może dość ciężki dzień w pracy. Albo może i wiem? Co ja w ogóle wiem… Oby do rana.
Po drugiej stronie siebie /Czwartek, 17. sierpnia 2006 r./
Czwartkowy wieczór, najlepszy w całym tygodniu. Od 22:05 Piotr Metz gra na Trójce muzykę mojego życia. Cokolwiek wyemituje, wiem, że poczuję się prawie jak w niebie. Po nim, od północy do drugiej, drugi Piotr, Kaczkowski. Od jakiegoś czasu nie przepadam już tak bardzo za jego audycjami, ale nadal miło ich posłuchać. Moim „Kaczkowskim” od zawsze był Metz.
Czwartek, mój ulubiony dzień tygodnia. Nie tak dawno, oczywiście w czwartkowy wieczór, znalazłem się po drugiej stronie samego siebie i tkwiłem tam dobrych kilkanaście godzin. Czasem myślę, że wróciłem tylko dlatego, że skończył się czwartek. Jak każdy dzień tygodnia i on trwa tylko 24 godziny.
W czwartki zawsze mam dobry humor. Tydzień mógłby składać się z samych czwartków; od czasu do czasu jakaś niedziela — i znów czwartki. A gdybym brał ślub, wziąłbym go w czwartek.
Czwartkowy wieczór. Czekam na niego cały tydzień i zawsze będę czekał. Nawet kiedy zdejmą Metza z ramówki. Nawet jeśli nie znajdę się już po drugiej stronie siebie. Dzięki Ci, Panie, za wszystkie czwartki mojego życia, zwłaszcza za przedostatni.
Kupiłem butelkę hiszpańskiego wina /Piątek, 18. sierpnia 2006 r./
Jutro wieczorem impreza u znajomego. Poznam prawie wszystkich jego najbliższych przyjaciół. Cieszę się na to. Wiele nowych twarzy, jedna niewiadoma, coś na kształt konfrontacji. Gospodarze spotkania: mój znajomy i jego facet; wszyscy pozostali raczej hetero, ale w temacie. Prawdopodobnie nie będę miał jak wrócić w nocy do domu, przesiedzę do rana. Ciekawe, ile tematów (i jakie) poruszymy.
A jak już odeśpię, czeka mnie tak samo fajna niedziela — popołudnie/wieczór z kolejnym znajomym, tym razem już we własnym mieście. On zapewnia dobry telewizor, ja dobry odtwarzacz i dobrą płytę DVD (tylko jeszcze nie wiem jaką, ale coś na pewno wymyślę). Zastanawiam się, czy na to spotkanie też nie zabrać wina. Po alkoholu robię się znacznie weselszy i wszystko mi (o wiele bardziej) jedno.
Komórki na abonament rzeczywiście nie kupię, póki nie dostanę zaświadczenia, bo na umowę się nie da. Szkoda. Jeśli odpowiednio się wokół tego zakręcę, przyślą mi je może już na początku września, jak tylko ta umowa na czas nieokreślony wejdzie w życie. Zależy mi na tym, bo i tak co miesiąc doładowuję pre-paida, nie mając z tego prawie żadnych korzyści.
Dzisiaj moje ulubione kino przysłało mi cotygodniowy biuletyn. Piętnastego września premiera „Samotności w sieci” (książki nie czytałem), dwa tygodnie później „Volver”; filmy, które obejrzę tak szybko, jak tylko będzie to możliwe. „Brokeback Mountain” też miało wyjść na DVD we wrześniu, ale coś się nie zanosi. By to piorun trzasnął.
Zabawne, ja i mój kumpel z pracy jesteśmy obecnie w bardzo podobnym stanie psychicznym, jednak z całkowicie różnych powodów. Ja o jego historii wiem znacznie więcej niż on o mojej, ale to nie ma znaczenia, bo tak naprawdę liczy się tylko to, jak identycznie się czujemy. Jeden drugiego rozumie. A dziś nad ranem znów śnił mi się Matthew Fox. To jakiś obłęd. Tym razem uczęszczaliśmy na wspólne zajęcia w ramach studiów (może nawet był wykładowcą) i gdy pod koniec podszedłem do niego, by o coś spytać, zadzwonił budzik. Zdążył się tylko do mnie odwrócić. Matthew, nie budzik.
Święty Czworobok /Niedziela, 20. sierpnia 2006 r./
Andrzeje to wdechowe chłopaki. Dzięki dwóm z nich oba dni weekendu były dobre. Jeden tak różny od drugiego, obaj tak samo fajni. Cudowni faceci. Żałujcie, że ich nie znacie.
Nadchodzący tydzień to początki powrotu do normalności. Koniec urlopów w pracy, wreszcie jeden dzień w tygodniu (nie licząc oczywiście niedzieli) znów będę miał wolny. W środę z kolei czeka mnie całodniowe szkolenie. Zawsze to jakaś odmiana w życiorysie, okazja do nauczenia się czegoś nowego. Nie wiem jak Wy, ale ja to lubię.
Czy dołki i depresje wpisane są immanentnie w naturę geja? Taka myśl nachodzi mnie od czasu do czasu na podstawie obserwacji. Większość z nas potrafi to ukryć za dnia. Spełniamy swoje obowiązki, robimy, co do nas należy, jesteśmy odpowiedzialni, a co zdolniejsi z nas — nawet dowcipni. Uśmiechamy się do innych, a swoim prawdziwym obliczem dzielimy się jedynie z lustrem. Ktoś nas tak zaprogramował? Samo wyszło, po drodze? Dlaczego właśnie tak, czemu nie może być zwyczajniej? Chciałbym, żeby było, żeby muzyka, literatura, film i masturbacja zaspokajały w stu procentach moją potrzebę odczuć wzniosłych. Nigdzie nie chciałbym się zatrzymywać dłużej niż to absolutnie konieczne. Do niczego nie wracać, za niczym i nikim nie tęsknić.
Jeśli chodzi o książki, porzuciłem „Sprawiedliwość owiec” na rzecz „Wyjątkowych czasów” Cunninghama. Ta druga zdecydowanie bardziej oddaje mój obecny nastrój. Do Owieczek wrócę, jak mi się polepszy, bo w sumie też fajne, tylko trochę inaczej. Miłego tygodnia.
Jakby w krawacie /Środa, 23. sierpnia 2006 r./
Jutro muszę kupić garnitur. O Boże. To nie będzie miły dzień. We wrześniu idę na wesele dość bliskiej kuzynki i ten rodzaj stroju jest mi niezbędny. Może mi się też przydać w pracy (podobnie jak i nowe „wyjściowe” buty, koszula, krawat etc.). Tak to sobie racjonalizuję, ale jestem zły, bo wolałbym raczej kupić nowe, dawno wybrane meble. Nienawidzę wesel — chyba już to pisałem; im bardziej remizowe wesele, tym gorzej dla mnie. Nie szukam żadnej osoby towarzyszącej, co najwyżej mógłbym pójść z jakimś kolegą, ale nie chcę przynosić „wstydu” rodzinie. Przesiedzę na stołku całą noc. Na pewno nie mam zamiaru z kimkolwiek tańczyć, bo tańczyć umiem tylko na dyskotece. Żebym chociaż palił, mógłbym wychodzić na papierosa…
Szkolenie było świetne, w dodatku trwało jakieś półtorej godziny krócej niż miało. Korzystając z okazji, w drodze do domu wysłałem głupi SMS, a później przez jakieś sześć minut modliłem się, żeby mnie nie złapali, bo skończył mi się czas biletu i niejako nie opłacało się kasować następnego.
Mój pokój niepostrzeżenie stał się moją twierdzą. Nie to żebym miał jakieś trudności w kontaktach ze światem zewnętrznym, wręcz przeciwnie (na szkoleniu musiałem wygłaszać mowę oskarżycielską, byłem zadowolony z efektu). Chodzi bardziej o to, że bardzo lubię tu wracać. Włączyć sobie wieczorem ulubioną audycję, usiąść na kanapie, zatopić się w jakiejś książkowej historii. Ostatnio ewentualny szwagier powiedział mojej siostrze, że nieskazitelność mojego pokoju zainspirowała go do generalnych porządków w jego własnym. Mało nie padłem ze śmiechu.
To nieprawda, co pisze Cunningham, że w czystości i porządku nie ma niczego pociągającego. W całej rozciągłości zgadzam się z nim jednak w kwestii jakości odczuć, jakie budzi nagi mężczyzna pod prysznicem.
Idzie jesień /Piątek, 25. sierpnia 2006 r./
Wczorajszy dzień rzeczywiście nie należał do miłych. Powodem nie były jednak zakupy, o których pisałem, bo te akurat się udały; kiedy zobaczyłem się przed lustrem w całym rynsztunku, poczułem się dość przyjemnie (może ktoś mi na weselu zrobi jakieś zdjęcia, to pokażę).
Za to straszliwie pokłóciłem się z siostrą i tak jak za każdym razem w tego typu sytuacjach, tak i teraz wydaje mi się, że to już naprawdę „kaplica”, jak mawia dzisiejsza młodzież. Jeśli do tej pory nie byłem stuprocentowo pewien, że my w swoim dalszym dorosłym życiu nie będziemy mieli ze sobą dobrych relacji, to właśnie dzisiaj nadszedł ten dzień. Dokładnie tak jak mój ojciec i jedna z moich ciotek, jego jedyna siostra — praktycznie zero kontaktu. Co poradzić. Może takie rzeczy zapisane są w gwiazdach.
Kiedyś moja siostra była moim najbliższym przyjacielem, ale od tamtej pory bardzo wiele się zmieniło i nie sądzę, by można było cofnąć czas.
Jutro w pracy pożegnanie z kolejnym kolegą, z którym tak dobrze mi się pracowało. Całe lato mieliśmy lekkie zawirowania w temacie moich zawodowych partnerów. Teraz być może wreszcie wszystko się uspokoi, ale najpierw nowa koleżanka będzie się musiała sporo nauczyć, a to może potrwać nawet miesiąc. Czeka mnie więc dość ciężki wrzesień, ale co tam, poradzę sobie. Żałuję tylko, że nie zatrudniono jednak jakiegoś kolegi, ale to niestety nie ode mnie zależy. Przyjęta dziewczyna okazała się być dawną znajomą z licealnej klasy (czy ja nie pisałem już w sierpniu przynajmniej trzynaście razy, że życie jest totalnie nieprzewidywalne?). Nie będzie zatem źle, bo zawsze ją lubiłem.
Nie wiem, czemu nie mogę przebrnąć przez tę „Sprawiedliwość owiec”. Niby taka fajna, zabawna książka, a ja utknąłem na pięćdziesiątej stronie i nie potrafię dalej. Być może to dlatego, że bardzo kojarzy mi się z tegorocznym urlopem. A może po prostu uważam, że jest kiepska? Jakoś będzie się trzeba zmusić. Chciałbym ją zmęczyć, nim dojdzie do mnie „Miłość i demokracja”.
Dziś po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, że coraz szybciej zapada zmrok.
Niedzielne wyznania ustami Morrisseya /Niedziela, 27. sierpnia 2006 r./
I live a life / I feel the pain / to sing this song / to tell the tale / I wish I never even heard the song / I see the world / it makes me puke / but then I look at you / and know that somewhere there’s a someone who can soothe me // to me you are / a work of art / and I would give you my heart / that’s if I had one // I see the world / it makes me puke / but then I look at you / and know that somewhere there’s a someone who can soothe me // to me you are / a work of art / and I would give you my heart / that’s if I had one / had one
Bilans na koniec miesiąca /Środa, 30. sierpnia 2006 r./
Biletów pociągowych: 2. Nieprzespanych nocy: 1,5. Nowych tekstów piosenek: 1. Przeczytanych książek: 4. Przejażdżek rowerowych: 1. Przemokniętych butów: 2. Przesłuchanych płyt: 28. Wizyt w kinie: 3. Wspólnych nocy: 1. Wykonania planu: 120%. Wypalonych papierosów: 0. Wypitych drinków: 3. Złamanych serc: 1. Kolejność alfabetyczna.
Rzemyki /Czwartek, 31. sierpnia 2006 r./
Czwartkowy wieczór. Metz na Trójce. Frank Zappa jęczy i wzdycha, jakby mu obciągano.
Z okazji ulubionego dnia tygodnia prosto z pracy wybrałem się na kolację do Łodzi. Skąd oni biorą tych kelnerów w Sphinksie i ile im płacą, że tak wyglądający faceci chcą tam pracować? Zjadłem ze smakiem i wróciłem. Nie, nie jadłem sam.
Doszedłem do nie-odkrywczego wniosku, że czas wyleczy cokolwiek. Jeśli leżysz na samym dnie, masz dość, boli Cię głowa — nie musisz robić nic, po prostu czekaj. Minie. Ewentualnie możesz posłuchać trochę ambitnej muzyki, wtedy wszystko zadzieje się szybciej.
Homiki opublikują mój kolejny tekst piosenki. Po Sześciu latach to druga rzecz, jaką wracam do regularnego pisania. Nowa piosenka urodziła się sama. Wysunęła się ze mnie jak dziecko podczas wodnego porodu. Fikcja zmieszała się z gorzką sierpniową prawdą i tak oto powstały cztery zwrotki przeplatane refrenem. To takie rymowane podsumowanie tego miesiąca. Do przeczytania na Homikach już wkrótce, a na tej stronie w 2007 roku. »»