prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed

Wtorek, 7. września 2010 r. | Ostatnio dodane: Tori, Thom & Edyta [2010-09-05] i Koncert EB [2010-08-29]

niecodziennik: listopad 2009

«« »»

Nekroturysta strikes back/Poniedziałek, 2. listopada 2009 r./

Na grobie Mamy paliło się wieczorem 28 zniczy. Nie jestem religijny, ale to chyba dobrze, że naszemu leniwemu społeczeństwu wyznaczono odgórnie jeden termin, przed którym wypadałoby ogarnąć trochę groby bliskich, bo inaczej będzie wiocha. Z Polakami często tak jest; jak im się czegoś nie zaordynuje, zawalają sprawę. A ta sprawa jest raczej dość ważna.

Nie ma bardziej przygnębiającego widoku niż zapomniany grób. Totalny symbol całkowitej śmierci jego rezydenta, umarłego nawet w pamięci. Nie myśli się o tych rzeczach, dopóki temat wybierania pomnika plus pozostała część pakietu nie dotknie nas samych. Dlatego wybaczam Pluto i jego ostatniej notce, która w jakiś sposób mnie dotknęła. Nie dlatego, że zazdroszczę mu Barcelony i tych wszystkich innych miejsc. W jego życiu brak chyba jeszcze cienia śmierci i to bardzo dobrze. Niech mu słońce jasno świeci, niech zwiedza różne słoneczne miasta przez długie lata, zamiast biegać po cmentarzach. Szczerze. Tylko po co z tego szydzić. Są osoby, które odwiedzają groby nie dlatego, że tak wypada i jest dużo widzów, przed którymi można prezentować nowe wdzianko.

Siewca Cywilizacji Śmierci/Środa, 4. listopada 2009 r./

logo Trójki

W niedzielę rano włączyłem Trójkę i usiadłem do śniadania. O tej porze emitowana jest audycja Redakcji Katolickiej. Słyszałem fragmenty poprzednich programów, ale słowa, które padły tym razem, trochę mnie zszokowały.

Ja nie bardzo rozumiem, czemu Polskie Radio posiada taką redakcję, a np. muzułmańskiej nie? Przecież to też religia, a jak ostatnio sprawdzałem, nie byliśmy krajem wyznaniowym. Bo katolicyzm jest u nas najpopularniejszy? Co z ideą równości?

W audycji gościła para małżeńska tworząca zespół muzyczny propagujący ideologię Pro Life. Pani z małymi stópkami wpiętymi w klapę marynarki. Stópki dokładnie tej wielkości, jakie posiada dziesięciotygodniowy płód. Ich właścicielka podkreśla, że nawet kobiety, które dokonały aborcji, zdecydowały się na ten zły czyn, unieszczęśliwiając się, nie są godne potępienia. Wręcz przeciwnie. Należy im pomóc — odnaleźć drogę do Pana. Takie mniej więcej rewelacje i dużo więcej podobnych.

Prawie spadłem z taboretu. A co kiedy kobieta uszczęśliwiła się tym zabiegiem? Jeśli po przebrnięciu przez wszystkie etapy tej niewątpliwie przykrej procedury poczuła ulgę? Za rękę i do Pana! Może się nad nią ulituje.

Tak, jestem za prawem do aborcji nie tylko w drastycznych przypadkach. Prawem kobiety do pełnego stanowienia o swoim losie, do zarządzania własnym ciałem. Powinna mieć taką możliwość. Nie rozumiem, czemu w państwowym, publicznym radio opłacanym m.in. z mojego abonamentu, który do tej pory głupio co trzy miesiące przelewam, przeprowadza się indoktrynację na modłę jednej, przodującej w kraju religii. Nie dociera do mnie, czemu taki wyłączny model ma być wystarczający. Dobrze że ta audycja jest o godzinie, w której wszyscy siewcy cywilizacji śmierci tacy jak ja zazwyczaj jeszcze chrapią. Przynajmniej ciśnienie im się nie podniesie.

Czekam niecierpliwie na cykl produkcji Polskiego Radia pod wspólnym szyldem Pro Gay. Coś na wzór Lepiej Późno Niż Wcale z TokFM. Dla przykładu jak dobrze robić takie programy — polecam ostatni o rodzicach homoseksualnych dzieci.

Niedzielny gracz™ poleca/Piątek, 6. listopada 2009 r./

Wszystkim dużym chłopcom, którzy pomału zastanawiają się już, co kupić sobie na gwiazdkę, zachwalam dzisiaj nowe dzieło studia Infinity Ward, czyli Call of Duty: Modern Warfare 2.

Dwa poprzednie wcielenia gry: Modern Warfare z 2007 roku (czyli tak naprawdę Call of Duty 4) i Call of Duty 2 z 2005, teraz do dostania za ok. 40-60 zł — też warte uwagi. Pierwsza z wymienionych wyznaczyła najwyższy standard produkcji typu FPS, druga do tej pory ma zagorzałych fanów, zwłaszcza wśród osób dysponujących komputerem sprzed kilku lat i preferujących klimaty II wojny zamiast nowoczesnych realiów bitewnych.

W USA aż dwa i pół miliona osób zamówiło Modern Warfare 2 przedpremierowo. Pierwsza część osiągnęła nakład czternastu milionów egzemplarzy. Gry mają ratingi oscylujące w przedziale od 16+ do 18+, czyli to rzeczywiście propozycje gwiazdkowe dla dość dużych chłopców (tegorocznym drugo/trzecioklasistom może lepiej do ich komunijnych konsol nie kupujcie). Przydadzą się też zwinne palce.

Premiera MW2 we wtorek. Wyżej pierwszy z oficjalnych trailerów, jakie poprzedzały wydanie, a tutaj ośmiominutowy fragment gry. Zaczyna się dość niewinnie, kończy… jak widać; w każdym razie warto poczekać do drugiej połowy i na finał.

Mój dobry znajomy zobaczył, że w opisie na GG linkuję te filmiki i pomyślał, że ktoś ukradł mój numer. Podobno nikt nie zna mnie od tej strony. Cóż, do zobaczenia we wtorek w empiku albo innym Media. Wszystkim niedowiarkom mogę nawet podpisać ich egzemplarz.

Jeszcze jedno na koniec — „trójka” i „piątka” Call of Duty były robione przez inne studio i są znacznie gorsze.

Brother & Sister/Piątek, 13. listopada 2009 r./

Wiele razy było bardzo źle. Teraz jest znacznie gorzej.

Przez te wszystkie lata myślałem, że siostra akceptuje mój homoseksualizm. Oczywiście dostawałem sygnały, które dobitnie zaświadczały o zgoła odmiennym stanie rzeczy. Niczym zakochany bez wzajemności, któremu zdaje się, że może rozniecić iskrę pożądania w tym drugim — nie chciałem ich widzieć. Dopiero kiedy wyłożono karty na stół, podano kawę na ławę, tzn. kiedy znalazłem się w szczęśliwym i spełnionym związku™, zaczęło mi świtać, że już kilka lat temu usłyszałem wolałabym, żebyś był aseksualny. Tajemnicą pozostaje dla mnie to, jak mogłem nie wyciągnąć wtedy jedynie słusznych wniosków.

Bo teraz rozumiem. Bo teraz wstyd jej, że ma brata pedała. Szczerze wisi jej to, jak ułożą się jej relacje z człowiekiem, którego kocham — może ich w ogóle nie być, a najlepiej pewnie, żeby jak najszybciej w końcu nie było i jego. Moja kochająca siostra. Dawno, dawno temu byliśmy sobie tak bliscy.

Niechaj wisi i mnie. Jestem gejem. Przerabiałem to dziesiątki razy.

No to HEY/Czwartek, 19. listopada 2009 r./

HEY, fot. Krzysztof Kozanowski

Kilka dni temu byłem na czwartym (chyba… bo już trochę tracę rachubę) koncercie zespołu HEY.

Był to pierwszy występ w moim życiu, w trakcie którego artyści zagrali swój ostatni krążek od A do Z — wszystkie utwory w kolejności takiej, jak na albumie. Dziwne i ciekawe doświadczenie. Taka była zresztą cała pierwsza połowa wieczoru.

Materiał zabrzmiał o wiele bardziej wyraziście niż wersje studyjne. Wiele utworów z tej części koncertu wywarło na mnie wrażenie, nawet pomimo tego, że wokal Kaśki bardzo ginął niekiedy w ścianie gitar i elektronicznych dźwięków, a aranżacje nie różniły się zbytnio od ścieżek zapisanych na kompakcie. Było trochę metafizycznie. Świetnie od samego początku (puszczone z taśmy „Vanitas”, w środku którego na scenę wkracza zespół, a na sam koniec Kaśka), aż po finał, gdy cierpliwa wokalistka wykonuje kameralne „Nie więcej” przed tłumem rozszalałej po „Kto tam? Kto jest w środku?” publiki. Ale dała radę.

Później zaskoczyło mnie m.in. „Cudownie” z drugiej płyty zespołu oraz „Wczesna jesień”, której nigdy wcześniej nie słyszałem na żywo.

Koncert miał trochę inny wymiar niż wszystkie dotychczasowe, które widziałem. Po MTV Unplugged znowu stworzyli coś innego. Odzywki Kaśki („wybaczcie, jesteśmy spięci jak… jak… baranie jaja”, „kiedyś, wiecie, założę jakieś szmaty i będę się tu wyginała przy tych piosenkach, no”) — bezcenne. Występ trwał prawie dwie godziny. Wizualizacje mieli niesamowite.

Krótko, bo za chwilę się zbieram. Wieczorem trzeci z najważniejszych koncertów tego roku w moim kalendarzu — Placebo.

Fitter, Happier. More Productive/Sobota, 21. listopada 2009 r./

Patrzę na świat oczami dziecka. Nie rozumiem niczego. Wszystko jest takie skomplikowane. Chciałbym coś powiedzieć; wiem, że nie powiem nic. Z niewyjaśnionych przyczyn usta znów kompletnie się zasznurowały. Bomba tyka od nowa. Ktoś ucieka. Ktoś pozostaje na miejscu, nie ma siły dłużej biec.

Na zielonej łące pod niebem z kilkoma chmurkami siadam z Nią. Rozmawiamy sobie o wszystkim. O tym, co widziała na koniec. O tym, co było dalej. Z Nią. Ze światem. Ze mną. Zza pazuchy wyciąga lody familijne. Płaczemy. Później się śmiejemy. Prawie pękamy ze śmiechu. Twoja śmierć tak bardzo mnie zmieniła, mówię z nagłym wyrzutem krwi do mózgu. Nie umiem teraz płakać odnośnie niczego innego! Zabrałaś mi nawet to!

Zaczynam krwawić. Z mózgu do samego środka. Męski okres dla najgłębiej wtajemniczonych. Silniejszy od najmocniejszego wytrysku.

Gay Road/Środa, 25. listopada 2009 r./

Czasem przypominam sobie o tym, że przez moje życie przewinęło się już trochę osób, które po uzyskaniu wiedzy na temat mojej orientacji jakimś zbiegiem okoliczności usunęły się z pola widzenia. Dziwna to konstatacja, bo ogólnie żywię mocne przeświadczenie, że wyjście z szafy to fajna sprawa. Ale tak od święta zaczynam roztrząsać. Ile w mojej postawie chęci do samooszukiwania, żeby lepiej żyło się w głowie?

Robię bilans zysków i strat. Analizuję wartość poszczególnych znajomości. Wyniki nie są pesymistyczne. Tak naprawdę jestem przecież samotnikiem. Lubię towarzystwo ludzi, ale bez przesady. Ja się nigdy nie nudzę sam ze sobą. Poza tym jako gej powinienem ciągle pamiętać o tym, co mówił Brian z „Queer as Folk”. Są dwa rodzaje ludzi; jedni nienawidzą Twojego gejostwa za Twoimi plecami, drudzy prosto w twarz. Z tą wiedzą i pamięcią jest prościej.

To, że własna siostra nie akceptuje mojego związku — pal sześć, czy z zazdrości, czy z powodu swojego prawdziwego podejścia do homoseksualizmu — też jest do przeżycia. Tak, jak tu teraz siedzę, przyrzekam jednak — na żaden z jej ślubów, ilekolwiek by ich nie było (jeśli w ogóle jakieś), nie mam zamiaru się wybierać. Chyba że do tego czasu poczuję, że cieszy się moim szczęściem. I wyrosną mi kaktusy na dłoni, zarost z prawdziwego zdarzenia, a Benedykt XVI dobrowolnie zrezygnuje z pracy w korporacji. »»

Dobry XHTML 1.0 Strict | (CC) 1996 — 2010 Some Rights Reserved