prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed

Wtorek, 7. września 2010 r. | Ostatnio dodane: Tori, Thom & Edyta [2010-09-05] i Koncert EB [2010-08-29]

kulturalnie

Koncert Edyty Bartosiewicz (28.08.2010)

Moja przygoda z Edytą Bartosiewicz rozpoczęła się na początku roku 1995. Radio promowało właśnie „Tatuaż”, ostatni singiel z wydanej rok wcześniej płyty „Sen”. Teledysk, w którym wokalistka goli sobie głowę prawie na łyso zainteresował mnie na tyle, że zacząłem szperać i tak oto w wieku lat 14 miałem drugą idolkę polskiej sceny rockowej. Pierwszą była oczywiście Nosowska.

koncert Edi

Premiera albumu „Szok’n’Show”, który ukazał się jesienią tamtego roku, była już przeze mnie należycie celebrowana. W piątek wysłuchałem całości w audycji Piotra Metza z udziałem Edyty w RMF FM, a w poniedziałek po lekcjach poleciałem po kasetę. W międzyczasie poznałem pierwsze solowe wydawnictwo artystki (anglojęzyczne „Love”) i album, który nagrała z zespołem Holloee Poloy. Kolejny zestaw piosenek, który ukazał się dwa lata po premierze „Szok’n’Show”, był dla mnie objawieniem. Do tej pory pamiętam te wszystkie noce roku 1997 spędzone z wielkimi słuchawkami na uszach i discmanem na kołdrze. Miałem wtedy siedemnaście lat.

Niestety nigdy nie zdarzyło mi się być na koncercie Edyty. W tamtych czasach nie bardzo uczestniczyłem w takiej formie przyswajania muzyki. Później okazało się, że w przypadku Bartosiewicz nie ma już na to szans. Przestała koncertować po wydaniu ostatniego jak do tej pory albumu w roku 1998.

Wczoraj zagrała na Orange Warsaw Festival 2010.

Mniej więcej rok temu straciłem resztki nadziei, że kiedykolwiek wróci na scenę. Powtarzałem sobie tylko, że jeśli nie 2010 to już pewnie nigdy. Na szczęście miałem rację i udało mi się spełnić ostatnie marzenie koncertowe. Po dwóch występach Tori Amos i jednym koncercie Radiohead wysłuchałem na żywo występu Edyty.

***

Zaczęło się o 23:05. Na scenę weszła bez jakiejkolwiek pompy, w tym samym momencie, co towarzyszący jej muzycy. Stanęła przed mikrofonem, przywitała się, dodała kilka ciepłych słów („Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie, co teraz czuję…”) i zaczęła grać. Wierni fani oszaleli.

Na pierwszy ogień poszła przearanżowana na balladę „Niewinność”, swoisty łącznik między niewydaną płytą z roku 2002 a dniem dzisiejszym. Aranż był powolny i bardzo klimatyczny. Tak jakby Edyta chciała nam wszystkim powiedzieć zobaczcie, miało być zupełnie inaczej, ale będzie tak.

Dalej przeboje posypały się jak z rękawa. Cudowne, absolutnie mega wersje utworów „Jenny”, „Tatuaż”, i „Opowieść” — rzeczywiście czuć było ten posmak 2010, który zapowiadała w wywiadzie, ale piosenki nie straciły swojego dawnego ducha.

Pierwszym z nowych numerów była „Madame Bijoux”. Nie umiem opisać słowami atmosfery tej chwili, gdy Edyta zaczęła wyśpiewywać pierwsze słowa. Publika niemal zamilkła, to było jak balsam dla uszu.

Piękna ballada, która jak nic stanie się kolejnym singlem z albumu. Edyta powiedziała, że napisała historię, a dopiero później przyszedł jej do głowy pamiętny epizod z filmu „Titanic”, więc podkradła personalia Madame Bijoux. Tekst miażdży. Być może jest totalnie autobiograficzny.

Później nastąpiły kolejne przeboje. Bardzo ciekawie zaaranżowano „Szał”. Tak trochę kozacko, niemal w połowie drogi do country.

Bisowała cztery razy. W trakcie jednego z bisów doczekałem się w końcu „Skłamałam”, w finale którego darłem już ryja na całego. Kiedy artystka wyszła na scenę po raz ostatni, stwierdziła roześmiana, że jesteśmy niegrzeczni, bo nie chcemy iść spać, a jej i chłopakom skończyły się już przygotowane piosenki, więc zagrają po raz drugi „Szał”, żebyśmy rozstali się w dobrych nastrojach. Publika znowu oszalała.

Edi trzyma poziom wokalny. Słychać to po marnej jakości nagraniach z YouTube — to chyba pierwsze koncertowe klipy amatorskie, których mogę słuchać bez zażenowania.

Najdłużej w głowie zostanie nowa wersja „Blues For You”. Czułem się, jakby przyjechała jakaś wielka gwiazda zza oceanu i zapodała swój perfekcyjny angielski połączony z perfekcyjną umiejętnością frazowania. Bardzo ciekawie wypadł też cover The Rembrandts.

„Upaść, by wstać” będzie dobrym singlem pilotującym płytę. Ma duży potencjał, który w wersji studyjnej objawi się w pełnej krasie — to mogę Wam zagwarantować.

Teraz czekam już tylko na singla w radio i na datę premiery nowego, być może rzeczywiście najlepszego albumu Edyty Bartosiewicz:
Tam, dokąd zmierzasz

SETLISTA: „Niewinność”, „Zegar”, „Opowieść”, „Miłość jak ogień”, „Sen”, „Tatuaż”, „Szał”, „Jenny”, „Madame Bijoux”, „Just The Way It Is, Baby”, „Upaść, by wstać”
Bis I: „Ostatni” Bis II: „Skłamałam” Bis III: „Blues for You” Bis IV: „Szał”

2010

Dobry XHTML 1.0 Strict | (CC) 1996 — 2010 Some Rights Reserved