prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed
o Mamie
Mama rodzi się 12 VI 1951 roku jako siódme, najmłodsze dziecko. Bliźniacza siostra Basia umiera tuż po narodzinach. Jej dom rodzinny to wieś oddalona kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, w którym dzisiaj żyję.
Jest chorowitym dzieckiem. Babcia chwyta się wszystkich dostępnych sposobów, by utrzymać Ją we względnym zdrowiu. Z opowieści Mamy wiem, że chyba tylko dzięki determinacji babci udaje się Jej przeżyć wczesne dzieciństwo. Dziadek to dobry człowiek, ale bardzo srogi rodzic. Wielokrotnie słyszę historie czasu dorastania, gdy jego potomkowie dostają ciężkie lanie za coś, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się błahostką. Babcia bardzo kocha swoje dzieci, ale dziadek w kwestii wychowania nie pozostawia zbyt szerokiego pola manewru.
Mama nie jest szkolną prymuską. Z klasy do klasy przechodzi jednak bez większych problemów. Trudności sprawiają Jej zwłaszcza zadania z matematyki, które odpisuje na szkolnym parapecie od zdolniejszych koleżanek. W szóstej klasie jest zagrożona z geografii. Nie potrafi spamiętać wszystkich nazw, z jakich nieustannie odpytuje nauczycielka. Dodatkowo musi uporać się ze zbliżającą się śmiercią taty, który choruje na raka. Ojciec umiera w cierpieniach, a Mama zdaje, częściowo ze względu na te okoliczności. Później w swoim życiu wiele razy podkreśla, jak szczęśliwa jest z tego powodu, że ja i siostra mamy lepsze głowy do nauki. Ona kończy swoją edukację na szkole podstawowej. Najlepsza koleżanka z większą ilością punktów dostaje się do technikum, a Mama boi się samotnej drogi w zawodówce, wśród dzieci z lepszej, większej miejscowości. Kiedy wycofuje papiery, babcia mówi do Niej „Masz rację, co się będziesz dziecko męczyć…”. Ma nadzieję, że najmłodsza córka zostanie razem z nią do końca.
Ale nie dzieje się tak. Dość późno jak na tamte czasy Mama wychodzi za mąż. Przez krótki czas rodzice mieszkają w miejscu, w którym dzisiaj żyję, jednak tata ma swój dom na wsi i to tam przeprowadzają się na wiele lat, przy czym Mama z zastrzeżeniem, że przeniosą się z powrotem do miasta, kiedy tylko dostaną mieszkanie. Tata przystaje na tę opcję. Teściowie (jego rodzice) już znacznie mniej, szczególnie babka.
Staram się spojrzeć na tamten okres tak obiektywnie, jak tylko mogę. Dochodzę do wniosku, że Mama ma tam ciężko. Mimo wiecznie niezadowolonej teściowej oraz nieustającej obecności alkoholu w okolicy, udaje się Jej dobrze nas wychować i uchronić tatę przed typowym wsiowym pijaństwem. Po kilku latach wraca do pracy. Z miasta przyjeżdża codziennie około szesnastej. Szykuje się, wstając o trzeciej w nocy. Najpierw trzeba przejść kilka kilometrów przez las, by dostać się do autobusu. I tak przez około dziesięć lat. W tym wszystkim trzyma Ją chyba tylko wizja bloków na horyzoncie, która nabiera realnych kształtów w ’89 roku ku wielkiej dezaprobacie teściowej.
Dzięki Mamie spełnia się tym samym pierwsze z moich największych życiowych marzeń. W każde urodziny mówię, że życzyłbym sobie mieć „przez pasy i do szkoły”. Po trzech latach edukacji mam — już nie kilka kilometrów rowerem albo na pieszo przez śniegi, ale tuż za swoim wieżowcem. Staję się dzieckiem miasta. Mieszkanie jest też bardzo blisko miejsca pracy rodziców. Zaczyna się dla nas zupełnie inna epoka. Mama przy różnych okazjach mawia, że chciałaby tu pomieszkać choćby dziesięć lat.
Po jakimś czasie traci pracę. To jeden z najgorszych okresów w Jej życiu, którego ja, w początkowej fazie swojego nastoletniego dojrzewania, zaaferowany dodatkowo odkrywaniem własnego gejostwa, nie pamiętam niestety zbyt dobrze. Jest ciężko, psychicznie i pod względem materialnym. Znów, tak jak kiedyś na wsi, walczy o nasze dobre życie. W domu się nie przelewa, ale ja nigdy nie czuję się gorszy — w szkole czy na tle rówieśników. Mama stawia czoła nowej rzeczywistości. Najpierw zasiłek dla bezrobotnych, później usilne szukanie nowej pracy, w końcu konieczność wdrożenia się do całkiem nowego dla Niej zajęcia. Znów jest dobrze.
Wtedy pojawiają się pierwsze poważniejsze problemy ze zdrowiem. Serce i ciśnienie. W roku, w którym zdaję maturę i dostaję się na studia, Mama przechodzi operację wymiany zastawki. W tych czasach zabiegu takiego nie trzeba już nigdy powtarzać, jest jednorazowy, ale nawet ten jeden raz to jakby o jeden raz za dużo. Na własnej skórze doświadczamy lekarskiej chciwości i boleśnie przekonujemy się o tym, że nasze skromne fundusze to dla panów profesorów ochłap. Blizna po operacji goi się fatalnie. Ordynarny ślad pozostaje na zawsze.
W domu Mama wraca do siebie. Później jest pod stałą opieką lekarza, który regularnie przepisuje Jej leki. Z powodu skoków ciśnienia nie żyje się Jej zbyt dobrze. Kilkakrotnie w odstępach rocznych czy nawet półrocznych ma bardzo podwyższone wartości. Zawsze udaje się to opanować — czasem samymi pigułkami, kiedy indziej po krótkiej obecności w szpitalu. Mama żyje tak dziewięć lat.
***
Zanim umrze, powiem Jej, że jestem gejem. Po rozmowie poda mi lody, później będzie to przeżywać; w końcu zrozumie, że to nie tragedia. Pozna faceta, dzięki któremu zdecydowałem się na ten coming out. Razem ze mną będzie opłakiwać jego odejście. Po raz kolejny w życiu weźmie sprawy w swoje ręce i doprowadzi do tego, że nie zmarnuję pięciu lat studiów i mimo depresji po rozstaniu napiszę pracę magisterską. Moja promotorka powie Jej wtedy „Ma Pani fajnego syna, ale nie na te czasy…”.
Ostatni weekend spędzi z mężem i córką na wsi. W poniedziałek poczuje się bardzo źle. Wieczorem pogotowie zawiezie Ją na noc do szpitala, jednak nad ranem będzie już w porządku. Ból głowy całkowicie ustanie, ciśnienie spadnie. Razem z tatą przyjedzie autobusem do domu, ugotuje zupę; zadzwonię wtedy do Niej z pracy i porozmawiamy, uspokoję się. Po południu historia się powtórzy.
Kiedy wrócę do domu, Mama znów będzie cierpieć z powodu silnego bólu głowy. W Jej twarzy coś się zmieni. To minimalny, częściowy paraliż. Mimo tych wszystkich objawów panowie z karetki nie pokwapią się nawet zaproponować podróży do szpitala. Dopiero kiedy wjadę im na ambicję.
W szpitalu Mama dostanie kroplówkę i zostaniemy pozostawieni sami sobie. Na błagalne prośby mojej siostry, by coś robili, pielęgniarka ryknie, że może dać termometr, a jak będzie obchód, to lekarze zobaczą. Mamie będzie coraz zimniej. Chłodny pot wystąpi Jej na czoło i całe ciało. Będzie cierpieć coraz bardziej i mówić coraz mniej wyraźnie, martwiąc się o to, czy coś dzisiaj jadłem, prosząc moją siostrę, by kupiła sobie proszki na sen, bo pewnie nie zaśnie; przepraszając, że zrobiła nam tyle subiekcji. Będziemy Ją gładzić po czole, uspokajać, że za chwilę zacznie się obchód.
Jak tylko zobaczą Mamę, wpadną w coś na kształt chłodnej paniki. Ten niżej będzie szybko tłumaczyć się temu wyżej, że pacjentka została wypisana wczoraj w stanie ogólnym dobrym. Przewiozą Ją na dół na badanie, które potwierdzi wszystkie obawy. Gdy na moment znajdzie się jeszcze na sali, usiądę szybko przy Jej łóżku. Już od dawna będzie na wpół przytomna. Nie dowiem się, czy widzi mnie spod prawie zamkniętych powiek.
Około pierwszej w nocy, już w innym mieście, w lepszym, dobrym szpitalu lekarz poprosi mnie i ojca na rozmowę. Na samym początku powie, że musiałby się zdarzyć cud, że nastąpił wylew z przebiciem do komory, że wszystko zalane krwią. W sytuacji, kiedy pacjent ma zastawkę i celowo rozrzedzaną lekami krew, nie można jej zagęszczać, by przeprowadzić operację. To doprowadziłoby do problemów z krążeniem; teraz pozostaje tylko czekać.
Będziemy czekać. Przez środę, czwartek i piątek. Mama nie odzyska przytomności. Jej gorące z początku ciało będzie tracić temperaturę, a ciśnienie spadać. W piątek wszystkie wskaźniki osiągną wartości minimalne. Przez tych kilka dni Jej rodzeństwo zdąży się z Nią pożegnać. Ksiądz udzieli ostatniej posługi. My będziemy żyć jak w letargu.
W noc z piątku na sobotę po godzinie drugiej odbiorę od lekarza dyżurującego telefon z informacją o śmierci Mamy.
***
Rodzi mnie o tej samej godzinie dwadzieścia osiem lat wcześniej. Z początku boi się tej ciąży. Dwa lata wstecz jakiś lekarz wręcz zapewnia Ją, że raczej umrze przy porodzie córki. Nie umiera.
Istnieje we wszystkim, czym jestem. Od nadprogramowej kępki włosów na lewej stronie karku po upór, z jakim brnę przez życie.
Pamiętam.
maybe I’m passing You by, just passing You by, Girl
I’m just passing You by on my way, on my way
I’m just passing You by, but don’t be confused
one day I’ll be coming for You
Niedziela, 11. października 2009 r.
W pierwszą rocznicę śmierci.









