prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed

Piątek, 3. września 2010 r. | Ostatnio dodane: Wager? Wanker? [2010-09-03] i Koncert EB [2010-08-29]

niecodziennik

«« :: co teraz robię? :: czego teraz słucham? ::

Wager? Wanker? W sumie wszystko jedno…/Piątek, 3. września 2010 r./

Call of Duty: Black Ops doczekało się pierwszej sensownej odsłony, jeśli chodzi o multiplayer. Patrzę z mieszanymi odczuciami, ale ten wątek hazardowy dość mnie, przyznam, frapuje. No i będzie gungame, zupełnie jak w CSie :-D

Mało? To macie jeszcze materiał, w którym m.in. stroimy naszego żołnierzyka. Różowego moro niestety nie stwierdzono. Chociaż nie wiem, czy wtedy to w ogóle jeszcze byłoby moro…

Podsumowując: jestem coraz bardziej na TAK. Ale nie wiem. W końcu to jednak ciągle Treyarch. Po WaW trudno im zaufać.

Tymczasem idę pędzić do weekendu, w trakcie którego możecie spodziewać się przynajmniej jednego wpisu w wersji hardcore.

Easy On/Czwartek, 2. września 2010 r./

Ładne, prawda? A ja z prawdziwą przyjemnością informuję, że druga po The Constant zapowiedź mojego nowego zbiorku z tekstami piosenek pojawi się już za miesiąc. Najpierw na moim profilu last.fm (3 X), a tydzień później na tej stronie.

Na drugi ogień idzie Easy On.

Zanim ukaże się cały album, będą jeszcze dwie zapowiedzi, czyli w sumie poznacie cztery kawałki przed styczniową premierą Extra Safe.

Zawiedziony przez Zdecydowaną Większość Gejów/Środa, 1. września 2010 r./

Edyta Bartosiewicz — „Madame Bijoux” [nowy utwór]

siedzę w pustym barze na rogu mej ulicy / w pół drogi między jawą i snem
barman do mej szklanki leje złotą whisky / ciepło tak uśmiecha się
bezpiecznie otulona dymem z papierosa / z kolejnym się rozstaję dniem
przede mną znowu noc tak długa i samotna / usłana gdzieś na szklanki dnie / na dnie

lecz jest jeszcze coś / co się we mnie tli / co sprawia że wciąż tę wiarę mam
że w czyichś ramionach znów rozpalę swoje dni / gdy nadejdzie czas

z wolna się zapełnia bar / zegar bije północ
a ja coraz głębiej zatopiona w swoich myślach tkwię
o ludziach których znam i których kiedyś spotkam
w pół drogi między jawą i snem

jest jeszcze coś / co się we mnie tli / co sprawia że wciąż tę wiarę mam
że w czyichś ramionach znów rozpalę swoje dni / gdy nadejdzie czas / czas

barman, to będzie mój przedostatni drink…

bo jest jeszcze coś / co się we mnie tli / co sprawia że wciąż tę wiarę mam
że w czyichś ramionach znów rozpalę swoje dni / gdy nadejdzie czas / czas / tak / tak

siedzę w pustym barze na rogu mej ulicy…

***

Co Wam powiem, to Wam powiem, ale ludzka obłuda nie zna granic. Tak, Pawełku, to o tobie. Myślę, że ostatecznie zasłużyłeś na to, by w końcu wymienić twoje imię. Sorry.

Tak oto wkraczam w kolejny rok szkolny mego życia. Ostatecznie pozbawiony złudzeń co do męskiej, a zwłaszcza gejowskiej natury. A bo trzeba było sobie powiedzieć dość. Lecz co kiedy ja nie potrafię. Fajny chłopak, tylko nie na te czasy.

Gdy nadejdzie czas/Niedziela, 29. sierpnia 2010 r./

Wróciłem z Warszawy.
Napisałem już relację z koncertu Edyty Bartosiewicz. Zapraszam do lektury.

Czy słyszysz jak tam, daleko… muzyka gra?/Piątek, 27. sierpnia 2010 r./

Nie wiem, czego znowu ode mnie chciałeś. Zupełnie jak trzy lata temu.
Na własnych błędach nie uczę się prawie niczego.

Koncert Edyty Bartosiewicz już jutro.
I mogę stać tam nawet bez parasola. Pierdolę tę pogodę.

Zatańcz ze mną… jeszcze raz…

Zasady tkwią niewzruszone/Wtorek, 24. sierpnia 2010 r./

Lubię takie dni. W myślach każdy z nich nazywam dniem obdzierania (się) ze złudzeń. Uczą pokory, zaciskania zębów i pięści. Stawiają do pionu. Takie dni też są potrzebne.

***

Choroba (nie moja) pokrzyżowała ostatnie plany weekendowe. Zamiast tego, co miało być, odwiedziłem z siostrą dwa cmentarze i McDonalda.

W nadchodzący warszawski weekend rezygnuję z noclegu, który sobie obmyśliłem. Skorzystanie z niego groziło obrotem sprawy, którego nie do końca bym sobie życzył, dlatego wolałem się wycofać. Będę szedł na koncert i spał w akademiku — z młodym, porządnym chłopakiem hetero za niewygórowaną opłatę (nocleg, nie chłopak; chłopak całkiem za darmo, hy hy). Czasem to wszystko tak fajnie się układa. Szkoda że tak rzadko.

***

Podkradłem siostrze ostatni Twój STYL, a tam dwa ciekawe wywiady. Pierwszy z Nosowską. Jak zwykle po przeczytaniu rozmowy z tą panią miałem wrażenie, że przez chwilę jestem lepszym człowiekiem. Ona tak specyficznie się wypowiada. Ciepło, ale bez zbędnego przymilania się, koloryzowania. Drugi tekst to odwrotność — Jacek Poniedziałek i jego kolejne zapewnienia, jaki to z niego maczo, jaki samowystarczalny.

***

Tęsknię już za jazdą na łyżwach. Jeszcze jakieś dwa miesiące. Myślałem, że znajdę kogoś na wspólne tańce na lodzie, ale nie zapowiada się. Może uda mi się namówić kogoś z pracy.

Od września robię prawko. Uciekajcie z dróg i chodników…
A do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostały… 4 dni!!!
Sikam w majty i mam niezły kisiel.

Co jeśli zasady pójdą się jebać/Czwartek, 19. sierpnia 2010 r./

No i zajebiście, że już końcówka czwartku. Jutro nie ma szefa! Po robocie wracam na moment do domu i… pakuję się w autobus. Czasem trzeba się gdzieś wyrwać. Wyrywam się. Na godzinę, dwie, kilkanaście. Spotkanie po latach, ponownie nawiązany kontakt… nie lubię akurat takich powtórek z historii, mam złe skojarzenia, ale jeśli miało być w ten sposób, niech będzie.

Nie chce mi się już żyć tak, jak przez ostatnie miesiące. To w gruncie rzeczy bardzo męczące i stresuje jak diabli.

Kiedyś opowiem Wam o tym, co naprawdę ostatnio czułem. Wyjdzie ballada nie lada. Tymczasem odliczam godziny do następnej nocy. Taka niecodzienna noc to będzie.

So tell me what do you prescribe for these symptoms
(A heart beating faster and work is a disaster)
I’m lovesick when you’re not around
Check me over
(When strong hands are healing
I’m dancing on the ceiling)

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostało 9 dni. Sikam w majty!

Kraina Jasnych Zasad/Niedziela, 15. sierpnia 2010 r./

Mój weekend należał do tej pani. I może jeszcze trochę do jednego faceta. Ale to już raczej mniej. Za stary jestem, by po raz trzynasty czy trzydziesty popełniać te same błędy. Do Krainy Jasnych Zasad zmierzam od pół roku. Właśnie tam chcę osiąść na stałe.

Nigdy nie powiedziałem żadnemu facetowi, że mi się podoba. Przynajmniej nie werbalnie, co najwyżej oczyma & uczynkami mojemi. Znalazłaby się cała masa różnych powodów. Na szczycie duma, strach przed odrzuceniem, milion pozostałych, równie chorych przyczyn. Ciekawe, ile szans zmarnowałem. Pewnie i tak niewiele.

Przestałem ostatnio czytać kilka branżowych blogów, na które wracałem od dawna. Wkurwia mnie nieustająca odmiana słowa męski przez wszystkie występujące w naszym języku przypadki. Męskiego. Z męskim. I tak dalej.

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostało 13 dni.

O tamtym i o tym, część któraś/Poniedziałek, 9. sierpnia 2010 r./

Tak w ogóle to w sobotę byłem na „Incepcji”. Fajna, ale do zaliczenia raczej w kinie. Wtedy rzeczywiście jest na co popatrzeć. No i po raz kolejny upewniłem się, że Leo to jednak bardzo dobry aktor.

Wróciłem z telefonią GSM do Orange. Mam już dość bycia branym za głuchego podczas rozmów przy pomocy PLAY, a pan na pomarańczowej infolinii był tak miły, że pozwolił wytargować ofertę, której próżno poszukiwać gdziekolwiek. Nareszcie nie czuję się jak za dawnych czasów na Skype.

Nowe Call of Duty nabiera coraz bardziej realnych kształtów. Dziś pojawił się pierwszy teaser trybu multiplayer. Całkiem obiecujący. Edyta będzie musiała czasem ustąpić miejsca w długie jesienne wieczory.

A tego wieczoru poczułem się przez moment jak w cywilizowanym kraju. Około 18:30 zadzwoniłem do UPC i powiedziałem, że chcę 25 Mbit/s zamiast dotychczasowych ośmiu, bo od 2. sierpnia jest w takiej samej cenie. Mniej więcej dwie minuty po rozmowie nastąpił automatyczny restart osprzętu i było już to, co tutaj. Wstrząsające!

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostało 19 dni.

Tam, dokąd zmierzasz [jesień 2010]/Niedziela, 8. sierpnia 2010 r./

Patrzę. Przecieram oczy. Chyba nadal nie wierzę. To może być najbardziej fantastyczna rzecz, jaka przytrafi mi się w tym roku. Do Edyty należeć będzie jesień w mojej empetrójce i głowie. Dobrze, że zdecydowała wytłumaczyć się przed fanami. Teraz czekam na informacje dotyczące pierwszego singla. Wspaniały tytuł albumu i klawo, że jest bardzo zadowolona z tekstów. Ciekawe, które numery z dawnej tracklisty potwierdzą się (1. To musisz być Ty, 2. Teraz powiem to nareszcie, 3. Niewinność, 4. Zbawienie, 5. Itaka, 6. Opowieść, 7. Transatlantyk, 8. Wiem, że źle robiłam, 9. Muszę, 10. Even If I, 11. Trochę ciepła, 12. Wybacz w ten czas, 13. Pozwól się spalać, 14. Jak nie utonąć w tym?, 15. Inna).

***

Z drugiej strony granicy, którą przekroczyłem w tym roku, nic nie jest takie samo. Nie wszystko mi się podoba, ale widzę też — o dziwo — wiele dobrych rzeczy.

Podobno nic się nie zmieniłem — mówi ktoś, kogo poprzednio widziałem krótko jakieś trzy lata temu. A ja po raz pierwszy w życiu nie przetwarzam tej informacji w jakikolwiek sposób. Wspólny obiad, kino, piwo. Miło. Wracam nocą na dworzec autobusowy i myślę, że dobrze mieć znajomych, z którymi można wyskoczyć na obiad, do kina, na piwo. Tylko takich, żeby nie trzeba było zbytnio udawać kogoś, kim się nie jest. Zresztą ja i tak nie wiem, kim jestem. Umiem jeszcze tylko poczuć, przy kim nie muszę grać.

Pewnie z czasem całkowicie oduczę się bliskości. Bliskość ostatecznie przestanie mnie dotyczyć. Ciekawe, jak to się robi?, będę najpierw pytał. Później: Co to takiego? Zupełnie potajemnie, w sekrecie prawie przed samym sobą wierzę jednak, że może właśnie odwrotnie; kiedy zdarzy się cud, ofiaruję namiętność, jaka nie wypłynęła ze mnie jeszcze nigdy.

***

Znalazłem w życiu wszystko, czego chciałem. Nawet więcej.
Wiem, że nie zaufam już żadnemu facetowi, choćby wtulał się we mnie mocno gdzieś w samym środku nocy. Jak dziecko, które wcześniej nie zaznało smaku prawdziwego bezpieczeństwa.

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostało 20 dni.

The extra safe is coming/Niedziela, 1. sierpnia 2010 r./

okładka albumu „Extra Safe”

Skończyłem pisać siódmy zbiorek z tekstami piosenek. Dwanaście kawałków, jakie ostatecznie go utworzą, to chyba najsmutniejsze teksty w moim dotychczasowym dorobku. Czyli tradycji po raz kolejny staje się zadość.

W przeciwieństwie do poprzedniego, tym razem cały album jest ściśle powiązany z wydarzeniami z mojego własnego życia. Rzadko opisuję jednak faktyczne sytuacje; całość referuje bardziej obecny stan mojego umysłu niż to, co mi się ostatnio przytrafiało. Nad wszystkim unosi się atmosfera agresywnego smutku.

tracklista albumu

Pod pewnym względem to dla mnie album wyjątkowy, nie tylko dlatego, że pisany w trzydziestym roku życia. Nigdy jeszcze nie przewartościowałem aż tak bardzo swojej dotychczasowej egzystencji. To właśnie ten temat chciałem opisać na „Extra Safe”. I zrobić to tak, żeby — kiedy po kilku czy kilkunastu miesiącach wrócę do tych tekstów — żaden się nie zestarzał. Czy mi się udało… nie mnie to oceniać. Ale mam zamiar sprawdzić samodzielnie. Teraz odkładam te teksty na półkę. Wrócę do nich podczas publikowania kolejnych zapowiedzi na stronie i przy premierze całości. Wtedy zobaczę, jak smakują po tym, kiedy opadły emocje.

Były dwa projekty okładki, wygrał umieszczony we wpisie. Tytuły wszystkich tekstów są po angielsku. Po pierwsze dlatego, że angielski jest tytuł całości, a po drugie — bo mimo tego, że tylko jeden numer napisany został w obcym języku, te tytuły o wiele lepiej oddają znaczenia poszczególnych kawałków niż ich polskie wersje. No i lubię bawić się angielskimi frazeologizmami.

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostało 27 dni.

W źrenicy tak pełnej żywej mgły/Środa, 28. lipca 2010 r./

Ostatni dzień pracy na starych śmieciach, choć to określenie nieco na wyrost, bo spędziłem w tej jednostce zaledwie trzy miesiące. Niespodziewany, bardzo trafiony i konkretny prezent od całego kilkunastoosobowego zespołu. Później SMS od kumpeli, naprawdę cieszę się, że Cię poznałam …i jestem rozłożony na łopatki. Czasem myślę, że powinienem być hetero. Mamo, moja orientacja jest zepsuta.

Od jutra kolejny rozdział życia. I tylko trochę żal, że tak samemu to wszystko się przeżywa.

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostało 31 dni.

But one day, we’ll float. Take life as it comes/Wtorek, 27. lipca 2010 r./

Dotrwałem do. Za oknem ciemno, chłodno tudzież napier*ala deszcz, czyli dokładnie jak lubię :-) Podobno ma tak być do wtorku. Oby!

Nie pisałem. Nie działo się chyba nic ciekawego. Swoim zwyczajnym życiem przeżywam swoje zwyczajne dni. Ostatnio miałem mały zjazd (już mi przeszło), dlatego wziąłem urlop od niecodziennika. Ten prawdziwy (skoro już przy urlopach jesteśmy) wezmę prawdopodobnie we wrześniu, pojadę sobie do Pragi. Tak myślę.

W pracy bardzo dobrze. Właśnie ruszam ze starych na nowe śmieci i trochę tym stresuję. Perspektywa sprawdzenia się po raz kolejny w nowych warunkach całkiem jednak ekscytująca (jeśli mnie jeszcze w ogóle cokolwiek ekscytuje). No i w końcu znów będę miał piętnaście minut piechotą do roboty. Żyć nie zdychać.

Na tapecie, zupełnie jak za dawnych czasów, przede wszystkim muzyka. Po latach skusiłem się na własne last.fm, całkiem fajne to jest :-) Dwa nowe zdjęcia Edyty Bartosiewicz zaistniały w Internecie (Jacek Poremba 2010 Photoshoot, czyli nadal ten sam najlepszy fotograf polskich artystek robi jej fotki) i jakoś bardziej zmaterializowały wizję wyczekiwanej płyty. Staram się zbytnio nie napalać, bo w przypadku Edyty naprawdę wiele może jeszcze się wydarzyć, ale wierzę… mimo wszystko.

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostały 32 dni.

Great Depression Records/Środa, 14. lipca 2010 r./

To gorąco mnie wykończy. A dokładniej moje lekkie nadciśnienie, które przy tej temperaturze okazuje się czymś zgoła przyciężkawym.

Psychicznie ostatnio coraz gorzej. W sumie sinusoida, ale wykres cały czas pędzi w dół.

Kiedyś w końcu popełnię to samobójstwo, które tyle razy planowałem. Nie wiem kiedy, ale mam silną potrzebę zakończenia tego życia samemu i na własnych zasadach. Nie że jakaś tam śmierć ze starości, atak serca czy coś. Odrobina życiowej kontroli. Chociaż ten jeden raz coś będzie zależeć ode mnie.

What’s the goal? To get married? Yuck! Half of them end in divorce, the other half end up with children. (Ally McBeal)

Pojechałbym na paradę do Warszawy. Obiecałem to sobie rok temu, ale akurat w ten weekend mam gościa. Mógłbym wybrać się z nim, jednak wolę nie zmuszać go do podróży PKP w każdy dzień tego weekendu przy tej temperaturze. Powłóczymy się po Łodzi i pójdziemy na koncert Porcupine Tree.

Do koncertu Edyty Bartosiewicz pozostało 45 dni.

Night Work/Niedziela, 11. lipca 2010 r./

okładka albumu Scissor Sisters

Zarówno nowej Kylie, jak i premierowego Scissor Sisters słucham w drodze do i z pracy. Druga płyta rozłożyła mnie na łopatki i zastanawiam się, czy w takim gatunku muzycznym da się wymyślić jeszcze coś lepszego. Fajne melodie, niesamowicie zabawne teksty rodem z najlepszego abstrakcyjnego kabaretu i ten wszechobecny camp uwidaczniający się w każdym elemencie albumu, a przede wszystkim w urozmaiconych, głównie falsetowych (ale nie tylko) wokalach. Idealna płyta na lato.

W tym roku spełnię ostatnie ze swoich koncertowych marzeń. 28. sierpnia jadę do Wawy na koncert… Edyty Bartosiewicz. Wystąpi w ramach Orange Warsaw Festival, po raz pierwszy od dziesięciu lat ze swoim własnym materiałem. Zagra też utwory z nadchodzącego albumu, którego premiera przewidziana jest na październik.

polski plakat filmu „Eyes wide Open”

Kiedyś jak ktoś wysyłał mi mieszane sygnały po tzw. randce, to się złościłem — na niego, na siebie, na cały świat. Dzisiaj nie tylko nie mam w sobie takich emocji, ale na dodatek jestem przekonany, że to zupełnie normalne. Mężczyźni (geje?) tak właśnie robią. Robimy. Zdziwiłbym się raczej, gdyby było odwrotnie. Poza tym przyzwyczaiłem się już do tego, że faceci, których pożądam (i mówię tu raczej o pragnieniu współegzystencji), są dla mnie nieosiągalni. To nie jest żadna niska samoocena, to inteligencja i zdolność do trzeźwej oceny sytuacji. Choćbym flaki sobie wypruwał tudzież zjadał zęby na byciu zadbanym, dowcipnym, zawadiackim i przebojowym jednocześnie, mogę co najwyżej się oblizać.

Prawie skończyłem pisać teksty na nowy album. Dzisiaj zaktualizowałem daty poszczególnych premier związanych z wydaniem „Extra Safe”.

Polecam bardzo film „Eyes Wide Open”. Możecie o nim poczytać w Wyborczej oraz tutaj.

Żal.pl [jeden z bardziej istotnych wpisów]/Środa, 7. lipca 2010 r./

Za dużo naoglądałem się chyba nowego teledysku Kylie. Kiedy rano idę ulicą i słyszę w słuchawkach ten jej singiel, wydaje mi się, że tuż za rogiem centrum handlowego zobaczę zaraz piramidę skłębionych nagich ciał. Potem w pracy przez cały dzień mam dobry nastrój. Niesamowite jak muzyka potrafi wpływać na te sprawy.

Wieczorem nowe Scissor Sisters, też od Stuarta Price’a.

Fajnie jest starzeć się coraz bardziej. Starzeć się, czyli przestawać oczekiwać od innych tego, czego nie mogą, nie chcą nam dać. Zapominać czasy gniewnej młodości, która tak bardzo zżymała się na porządek świata, w którym nie istnieje skuteczny sposób zmuszenia drugiego człowieka do określonych działań względem naszej osoby.

Jednak gdzieś tam zawsze pozostaje…
Prawie niewyczuwalny.

Gdzie jesteś, mój Mały/Niedziela, 4. lipca 2010 r./

Bierki — okładka książki

Zarzekałem się, że nie sięgnę po „Bierki”, ale nie dałem rady się powstrzymać.

Informatyk-programista powiedziałby, że ta książka powstała na silniku „Berka”. Bo tak jest w rzeczywistości. Wszystko prawie tak samo, różnice niewielkie. Tyle tylko, że choć drobne, to jednak znaczące. Fajnie że mamy w końcu w polskiej czytadłowej literaturze gejowskiej porządnie spenetrowany motyw queer youth. Paweł wypada dość wiarygodnie (choć według mnie przemawia czasem w zbyt przeintelektualizowany sposób), w przeciwieństwie do jego ukochanego, który — jak rozumiem — miał być ideałem, ale ta idealność czasem bokiem czytelnikowi wychodzi.

Jak w „Berku”, tak i tu podobało mi się totalne przemieszanie świata homo i hetero. Dobrze, że mieszało się nawet w trakcie zbliżeń fizycznych obydwu głównych postaci, tzn. Pawła i Anny. Taki mix robi dobrze świadomości heteroseksualnego czytelnika. Nie nie, nie mieszali się ze sobą!

Książka w sam raz na lato. A tak w ogóle to sądzę, że wybory prezydenckie wygra Kaczyński.

U mnie ostatnio jakoś tak nie za specjalnie. Piszę kolejne teksty, coraz częściej wspominam zeszły rok. Najważniejsze, że włączyli z powrotem ciepłą wodę.

Seria radykalnych posunięć [wpis poprawiony]/Niedziela, 27. czerwca 2010 r./

Gdy rozczarowało mnie Bad Company 2, powróciłem do multiplayera MW2. Niedługo potem wyszło pierwsze DLC do gry; niestety płatne i to bardzo, ale ze świetnymi, a przede wszystkim nowymi mapami. Niedługo drugi zestaw map na pecety, chyba fajniejszy od poprzedniego. Patrzcie tylko na ten jęzor klauna ;-)

Przemilczę kwestie wykastrowania gry z dedykowanych serwerów celem trzepania kasy na dodatkach oraz niedziałającego systemu antyhakerskiego. Nie chcę sobie podnosić ciśnienia. Ta gra i tak będzie święcić kolejne triumfy, bo jest zajebista.

***

Znacie szczyt męskiej homofobii? To wtedy, gdy faceta odrzuca nawet widok dwóch lesbijek. Bo że standardowego kolesia™ zniesmaczają kochający się faceci, to wiadomo nie od dzisiaj, ale para koleżanek zdawała się widokiem pożądanym aż do teraz, żeby nie powiedzieć — jarającym. Jednak nie w tym konkretnym przypadku.

Takie to rzeczy odkrywam w pracy. Człowiek uczy się całe życie. Niestety nie każdy. Zastanawiam się, ile razy można eksponować swoją dorodną homofobię, spotykając się zawsze co najwyżej z pobłażliwym milczeniem współtowarzyszy?

***

Trzymam kciuki za Martę. Chciałbym, żeby takie akty odwagi nie szły na marne. Szkoda że to tylko kropla w morzu potrzeb, ale przecież to ta sama kropla, która drąży skałę.

***

Mój RSS znów zmienił się w blip. Ostatnio czas się skurczył. Więcej będzie działo się tam niż tu, aczkolwiek pomału ogarniam nową robotę i z powrotem zaczynam przyzwyczajać się do tego, że czas na swoje sprawy mam mniej więcej od 19:00.

***

Bardzo zmieniłem się przez ostatnie pół roku. Nie obejdzie się bez radykalnych posunięć. Powinienem rozpaść się teraz mentalnie i poskładać na nowo. Nie w kogoś, kim byłem dawniej. Nie w tego, którym jestem teraz. Najlepiej żeby był to ktoś zupełnie inny.

***

Mógłby przyśnić się jakiś seks z policjantem, ostatecznie żołnierzem. Na starość chyba odbije mi na tym punkcie.

Brzoskwinka/Sobota, 19. czerwca 2010 r./

Ostatnio ciągle jest tak, jakbym usilnie czekał na coś, co może nigdy nie przyjść. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że albo większość ludzi zwariowała prawie do reszty, albo to ze mną coś wyraźnie nie tak. Po raz kolejny analizuję, czy przypadkiem nie łapie mnie schizofrenia; patrzę na świat coraz bardziej z boku. Może tak właśnie skończę? Gry komputerowe w nadmiarze, miłość w deficycie i… boom! Headshot.

Zdjęcie łazienkowe, które zrobiłem kilka miesięcy temu, cieszy się w sieci dużym wzięciem. Ja i moi koledzy znaleźliśmy je na trzech różnych profilach randkowych. Nie chce mi się już nic z tym robić. Myślę tylko, co oni mówią swoim randkowiczom, gdy staną przed nimi na spotkaniu. Że w międzyczasie mieli operację plastyczną?

Edyta Bartosiewicz

W mijającym tygodniu gruchnęła w polskim showbizie niezła wiadomość — Edyta Bartosiewicz w końcu wydaje płytę! Dla tych, którzy mają teraz dwadzieścia lat, dodam, że ostatnią zaprezentowała dwanaście lat temu, a jest najbardziej utalentowaną artystką muzyczną w Polsce, przynajmniej jeśli chodzi o lata 90te. Talent idzie niestety w parze z dość neurotyczną naturą, która sprawiła, że przez ostatnich osiem lat Edzia szlifowała (he he) album, który swoją singlową zapowiedź miał w 2002 roku, ale nigdy nie ujrzał światła dziennego (posłuchali go chyba tylko Nosowska, Krawczyk i Tomasz Żąda; wszyscy zachwyceni). W końcu będzie. Nowy singiel pewnie latem, właśnie jest rejestrowany.

W Wyborczej świetny tekst o życiu zwyczajnych lesbijek. Polecam. To fajne, bo zazwyczaj tylko gejów wymienia się przy okazji dyskusji o sprawach LGBT.

Skończyła się kilkuletnia przygoda z serialem „LOST”. Finałowy odcinek wgniótł mnie w fotel, bo takiego zakończenia mimo wszystko się nie spodziewałem. Całą produkcję oglądałem w głównej mierze ze względu na centralnego bohatera, dlatego teraz postanowiłem się jakoś pocieszyć i zrobiłem sobie taki oto pulpit. Gdybyście chcieli podobny, kliknijcie tutaj.

Matthew Fox na moim pulpicie

Mój nowy album z piosenkami, który na początku przyszłego roku (pierwsza zapowiedź już na stronie, druga we wrześniu), będzie miał dwie okładki, bo nie mogę zdecydować się na jedną. Po prostu obie są tak samo zajebiste.

Nie piszę nic o życiu osobistym, bo niewiele się dzieje (poza akcją w pracy z ostatniego tygodnia, kiedy przez trzy dni myślałem, że będę kilka kół w plecy właściwie z nie swojej winy — jeszcze dochodzę do siebie). Uważny czytelnik zdążył zapewne dostrzec, w jaki sposób przemodelowałem swoją egzystencję i co z tego wynikło. Minęło pół roku. Nadal nie wyobrażam sobie być z kimkolwiek. Poza tym praca wypełnia po brzegi tych pięć dni, a w weekend kocham swój samotny spokój, pranie, prasowanie i swoje płyty.

Motto na lato 2010: Spieszmy się kochać mężczyzn — tak szybko dochodzą!
No nie?

Z cudzego profilu na fellow.pl/Środa, 16. czerwca 2010 r./

Jestem już sam od dłuższego czasu i przestałem się bać samotności. Nie znaczy jednak, że chcę jej doświadczać. Niestety wszyscy faceci, których spotykam to po prostu dupki. Zauważyłem, że tak naprawdę nikt nie szuka na stałe, dla gejów seks jest wartością nadrzędną. Cóż, sam też lubię seks, ale czasem mnie mdli… ciągle ten seks, seks i seks.

Może po prostu mam pecha w miłości i nie jest mi pisane zaznanie emocjonalnej stabilizacji i bezpieczeństwa. Może to tak jak w greckiej tragedii, gdzie wszelkie próby ucieczki od przeznaczenia doprowadzają do jego urzeczywistnienia.

Nie spodziewam się już, że spotkam kogoś uczciwego i wiernego, kto okaże się wart tego, by się dla niego otworzyć. Ostatnio wszystko w tym temacie stało się takie przewidywalne. Zawsze kończy się tak samo.

Gdzieś przeczytałem, że nie ma ludzi złych, są tylko zranieni. Słyszałem też, że czas nie leczy ran, a jedynie przyzwyczaja do bólu. Chyba sporo w tym prawdy. Pierwsze rozstanie czy zdradę przeżywamy bardzo; długo cierpimy. Z czasem staje się nam to coraz bardziej obojętne. Wiążemy się z kolejnymi osobami, ale już z dużym dystansem i obojętnością. Z każdym kolejnym rozstaniem cierpimy coraz mniej, aż w końcu stajemy się takimi samymi draniami, jak ci, co nas zranili.

Całe nasze życie jest jednym wielkim rozmijaniem. Wszystko pojawia się w złym czasie. Spotykamy osobę, która pokocha nas takimi, jakimi jesteśmy, z wszystkimi wadami, ale my nie potrafimy kochać, bo… jeszcze nie jesteśmy gotowi; tkwimy w toksycznym związku; jesteśmy zbyt głupi; nie potrafimy tego docenić. Ciągle gnani przez samych siebie, uwięzieni w swoim życiu, tak skupieni na sobie, że nawet nie wiemy, co nas boli.

Niestety zgubiłem źródło i nie jestem w stanie rzucić linki do profilu, nad czym bardzo ubolewam. To chyba najfajniejszy opis, jaki kiedykolwiek tam widziałem.

Urodziny/Niedziela, 13. czerwca 2010 r./

Od wczoraj miałaby 59 lat.

Warszawa, 23:50. Następna stacja: Centrum/Sobota, 12. czerwca 2010 r./

Londyńskie metro to nie jest, ale i tak byłem zaskoczony ilością ludzi w poniedziałek o takiej porze. A wszystko przy okazji chwilowego powrotu po czterech latach na Kabaty. To był gorący i przyjemny wieczór.

Już tylko śmieszą mnie romantyczne ogłoszenia, poszukiwanie tzw. miłości. Nie umiem w tym dostrzec nic prócz naiwności, głupoty i obłudy zmieszanych w proporcjach rozmaitych. Ktoś do mnie uderza — podaję czarną polewkę. Czasem nie jestem w stanie ciągnąć konwersacji, co wcześniej nigdy mi się nie zdarzało. Wtedy, kiedy chciałem jeszcze udawać, że może tym razem pożyjemy długo i szczęśliwie.

Tzw. porządni heteroseksualiści nie mają pojęcia, ilu facetów chce uprawiać seks ze sobą nawzajem oraz jak wielu z nich ma dziewczyny i żony, które za dużo narzekają, zamiast mocniej i częściej robić co innego.

***

Komplementy dotyczące części ciała i umiejętności manualnych, pytania o ewentualne powtórki — to wszystko, co mogę dzisiaj mieć.

Dziękuję.
Nie, raczej nie.

Scrubbin’ those floors on my own/Niedziela, 6. czerwca 2010 r./

Przez kilka dni siedziałem w pustym domu. Dzięki temu dowiedziałem się o sobie czegoś nowego. Wcześniej zawsze był to jeden-dwa dni, kiedy dochodziłem do wniosku, że nie mógłbym mieszkać sam, umarłbym na galopującego doła itd. Początkowo było tak i teraz. Trzeciego dnia odkryłem, że zaczynam się przyzwyczajać i bardzo mi z tym dobrze.

Nie bez wpływu była może ilość rzeczy do zrobienia tej soboty (m.in. trzy prania, mycie okien, wizyta u fryzjera, gotowanie obiadu itd., bo jak się jest w tygodniu poza domem od 7:30 do 19:00, tylko w weekend można sobie pozwolić na takie szaleństwa). Fakt jednak pozostaje nagi.

Swoją drogą taki nawał zajęć jest świetny. Nie ma kiedy roztrząsać kwestii, o których śpiewa ta miła pani wklejona powyżej (dziewczyna od robota z płyty Röyksopp). A byłoby się nad czym zastanawiać.

Jutro i pojutrze znów stolica. Proszę trzymać kciuki, bo zdaję egzamin. Właściwie to dwa — jeden zawodowy, drugi życiowy.

Even if it hurts you just want more/Czwartek, 3. czerwca 2010 r./

Nowy utwór Kylie może nie jest zbyt ciekawy, za to obraz zdecydowanie wymiata. Najbardziej podobają mi się oczywiście pary gejowskie (wprawne oko dostrzeże je bez problemu).

***

Gdybym miał teraz wymienić jedną jedyną rzecz, jakiej najbardziej mi przez ostatnie miesiące brakuje, powiedziałbym tylko: W S P A R C I E. Gdyby nie M., to nie wiem.

I białą sukienkę sprzedałam w komisie/Niedziela, 30. maja 2010 r./

Dość długo wierzyłem w te wszystkie hetero-bajeczki. Lojalność, szacunek, wierność, zrozumienie, miłość… tak, bardzo piękne pojęcia. Lecz, doprawdy, czemu dwóch facetów ma się oszukiwać, że są do tego zdolni w stosunku do siebie nawzajem?

Przypominam sobie branżowy Internet z początku ostatniej dekady (lata 2000-2001). Ówczesne anonse na Innej Stronie i Gejowie. Pamiętam, jak kategorie Szukam Partnera pękały w szwach. Teraz takie ogłoszenia to prawie rzadkość.

Przez kilka ostatnich miesięcy odkryłem, że chyba przestałem być zdolny do uczuć wyższych. Spostrzegłem również, iż koleś szukający faceta, żeby było miło, wykazuje się znacznie większym zaangażowaniem. Umówić się i w końcu spotkać z poszukującym Księcia z Bajki™… do tego potrzeba anielskiej cierpliwości. Do napalonego całkiem odwrotnie — godzina i jest na miejscu, gotowy do akcji.

Dość zabawne jest też to, że ci pierwsi są z reguły o 100% szczersi od drugich, jeśli chodzi o powody, które nimi kierują. Ordynarne kręcisz mnie, może to zrobimy? przypada mi do gustu bardziej od udawanych zapewnień w stylu szukam na stałe, myślę, że może nam się udać etc., gdy w rzeczywistości i tak chodzi o to samo. Kochanieńkie cnotliwe: to, że macie swoje potrzeby i musicie je realizować, nie oznacza, że trzeba przy tym oszukiwać innych i siebie samego po drodze…

Dziwne jest to uczucie, szczególny rodzaj kapitulacji wewnętrznej. Po raz pierwszy w życiu tak namacalnie czuję, jak bardzo odechciało mi się starać o, walczyć o. Oduczyłem się kochać. Jeśli kiedykolwiek potrafiłem. Za to uprawianie miłości nigdy nie szło lepiej.

Kiedykolwiek przybędziesz — wiedz, że już teraz się spóźniłeś.

There was a time I had a mother/Środa, 26. maja 2010 r./

Dopiero środek tygodnia, ale na szczęście już po wszystkim.

Znajomi z pracy zastanawiają się po południu, jakie kwiaty kupić mamom. Ja wracam do domu wieczorem i nie mam nawet siły zahaczyć o cmentarz. Boli mnie to. Mam nadzieję, że nie będzie zła o tych kilka dni do przodu, to akurat wymienię znicze, które zgasną od dzisiaj.

no one else saw the things that you could see

Koszmar/Niedziela, 23. maja 2010 r./

Jeśli przeżyję nadchodzący tydzień, to będę bardzo szczęśliwy…

Warsaw by night good/Poniedziałek, 17. maja 2010 r./

Nagle świat znowu bardzo przyspieszył. Ale tak chyba jest, właśnie tak, gdy zaczyna się nową pracę po półrocznym okresie żerowania na własnych oszczędnościach. Pracę, z której jak na razie wychodzę z uśmiechem na ustach.

A Single Man — prawieplakat filmu

Pojawiające się tuówdzie recenzje „A Single Man” tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że to będzie cudowne półtorej godziny. W końcu czy przeestetyzowany do granic możliwości, do tego pozbawiony fabuły film może podobać mi się choć trochę mniej niż takie samo „The Hours”, które uwielbiam? Nie.

Te nazbyt przesadnie skomponowane ujęcia przypominały mi chwilami Almodóvara, zwłaszcza niebieskawa twarz na ścianie budynku stacji benzynowej. Świetna sprawa z kolorami. Może trochę to łopatologiczne, ale przynajmniej pokazało, po co po tym świecie tułają się tacy ludzie jak George Falconer. Pierwsza scena ze śpiworem boska; chłopczyk we włochatym sweterku tak przesłodzony, że mało nie zemdliło. Wprost genialna ironia finału (tak, książki nie czytałem).

I to coś, kiedy George krzyczy do przyjaciółki, że był z Jimem szesnaście lat. W odpowiedzi na jej słowa, że ona mogłaby była stworzyć z nim coś prawdziwego (czy jakoś tak). To coś, co każe myśleć nawet najbardziej życzliwym nam heterykom, że nasze rozstania bolą mniej. Bo przecież to tylko taka zabawa w miłość.

***

Jutro i pojutrze siedzę w Wawie na szkoleniach. Właśnie pakuję barchanowe majtki, kalesony i tym podobne elementy garderoby, tak przecież nieodzowne na każdą podróż w maju.

To straszne, że wszystko, co uznałbym kiedyś za wysoce upokarzające, dostarcza mi teraz nie lada rozrywki. Po tylu latach.

Nie jadę na Lady Gagę/Niedziela, 9. maja 2010 r./

Zawsze kiedy dłużej nie piszę, nie wiem, od czego zacząć.

Zmiana nadal jest motywem przewodnim. Nowa praca, kupuję koszule i krawaty. Nowi ludzie, nowe relacje; uświadamianie sobie, jak bardzo inaczej jest tym razem. Głębokie korekty osobistego stosunku do najważniejszych życiowych spraw. Zmienny, ale głównie wyjątkowo zimny maj (rano zgrzytam zębami). Nowe teksty piosenek, prawie wszystkie o rozstaniach. Będę miał wolne weekendy. Będę umiał znacznie więcej.

facet majowy | kliknij, aby powiększyć

I tylko ten moment, gdy po całym dniu wychodzi się do domu i tak chciałoby się zadzwonić. It was your approval I wanted. Your congratulations. Dzwonię gdziekolwiek.

Maj ciepły przynajmniej na ścianie.
Chyba w tygodniu nowy tekst na Homikach. W każdym razie wkrótce.

Znów pamiętam, jak to jest mieć 22 lata. Chcieć tego, o czym ja prawie wcale już nie myślę. Wierzyć w cały ten stuff. Piękne…

Dobry XHTML 1.0 Strict | (CC) 1996 — 2010 Some Rights Reserved