prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed

Wtorek, 9. marca 2010 r. | Ostatnio dodane: Przebiśpiew [2010-03-08]

niecodziennik

««

Przebiśpiew/Poniedziałek, 8. marca 2010 r./

Idzie wiosna, a z nią coroczny wysyp płyt, w tym polskich. Dzisiaj o trzech z nich oraz jednym singlu.

okładka płyty Lao Che

Lao Che swoim nowym albumem zamykają rozdział nagrywania krążków koncepcyjnych. Tym razem utwory od Sasa do lasa (podobno, bo jeszcze nie słuchałem), a całość ze znacznie większą ilością elektroniki (po singlu sądzę, że taki kierunek mi podejdzie). Z niecierpliwością czekam na paczkę z „Prądem Stałym / Prądem Zmiennym”.

okładka płyty Much

***

Muchy wydają dzisiaj swoje drugie dziecko („Notoryczni Debiutanci”). Do pierwszego mam wielki sentyment, podobnie jak do obydwu ich koncertów, które widziałem (Michał, szacun za odzywki do zdegenerowanej publiki!) oraz do brzmienia głosu wokalisty (szacun again). Powiedzmy sobie szczerze: „Notoryczni Debiutanci” nie proponują nic nowego, ale to kawał przyzwoitego grania z dobrą energią.

Gawliński szykuje nareszcie kolejny solowy krążek. Lubiłem brzmienie „Gry” z 1999 roku, w przeciwieństwie do tego, co później wyrabiał z Wilkami. Singiel daje nadzieję, że muzykę Roberta polubię po raz kolejny.

okładka płyty Strachów

I na koniec perełka. Strachy na Lachy, po pięciu latach ich autorski materiał. Całość miażdży. Gorzki rozbrat z rzeczywistością tego chorego kraju i z wiekiem dojrzałym mężczyzny. Polecam wszystkie wymienione albumy, ale ten to mus.

***

Edyto Bartosiewicz — dokąd odeszłaś, moja Piękna?

Tyle świetnej muzyki. Naprawdę idzie wiosna. A w ogóle to nowy Battlefield tak mnie rozczarował, że wracam do MW2 i jego Prestige Mode. I chciałem jeszcze powiedzieć, że mam niezłych czytelników. Od razu zauważają, które fragmenty wpisów wycinam. Szok.

Kolejny samotny sobotni wieczór/Sobota, 6. marca 2010 r./

Zbigniew Herbert — „Przesłanie pana Cogito”

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę

idź wyprostowany wsród tych co na kolanach
wsród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo

bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy — oni wygrają
pojdą na twój pogrzeb i z ulgą rzuca grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

strzeż sie jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz

powtarzaj: zostałem powołany — czyż nie było lepszych

strzeż sie oschłości serca kochaj źrodło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twojego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj — kiedy światło w górach daje znak — wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod reką
chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny idź

Gwiazdy tańczą na lodzie/Wtorek, 2. marca 2010 r./

Uwielbiam jazdę na łyżwach. To jedna z tych wielu rzeczy, przez które miło będę wspominał czas spędzony wspólnie z T. Staram się ślizgać mniej więcej co tydzień. Idzie mi coraz ładniej, choć ostatnio zauważyłem mały spadek formy… może to kwestia przedwiośnia. Nadal nie umiem do tyłu (jacyś chętni do uczenia?), ale przekładanki w obydwie strony i różne esy floresy nie są już tajemnicą. Podczas samotnych przejażdżek wkładam do uszu słuchawki i też jest OK, zwłaszcza z nową Chylińską czy Snow Patrol oraz zgrabnymi tyłkami chłopaków pędzących przede mną.

***

Miałem dziś obłędnie nieprzyjemny sen. Próbowano zabić mnie w nim pięć razy. Najpierw dwie ciężarówki usiłowały rozjechać mnie na drodze przed domem na mojej rodzinnej wsi. Pobiegłem za szopę po drugiej stronie, ale okazało się, że tam biorą zakładników. Kiedy udało mi się stamtąd wydostać, uciekałem windą w bloku T. Zacięła się, ale jakoś ją odblokowałem. Gdy wybiegałem z budynku, był to już ratusz miejski rodem z filmu „Obywatel Milk”. Wykończony fizycznie i psychicznie, runąłem w przód jak długi, zbiegając ze stopni. Tak rozpłaszczony leżałem przez jakiś czas na dziedzińcu, zbierając siły. Później wsiadłem do taksówki… w bok której pędził inny samochód. Zanim dotarł na miejsce, już nie śniłem. Moja świadomość miała dość katuszy.

Obudziłem się zlany potem i długo dywagowałem, czy dzisiaj wychodzić w ogóle z domu. Około jedenastej odebrałem telefon, po którym wiedziałem, że ta czynność będzie nieunikniona. A jak poszedłem na spotkanie, dostałem informację, że będę pracować w miejscu, na którym zależało mi najbardziej.

Chciałem krzyczeć z radości.

W ramach istnej wisienki na torcie kolejny rodzimy gej uciera nosa polskiemu prawodawstwu. Ten dzień nie mógł dopełnić się lepiej.

***

Niedługo skończę multiplayer Modern Warfare 2. Był w dechę (o grze pisałem tutaj). Teraz na horyzoncie pojawia się tytuł, który dla wszystkich fanów FPSów będzie w roku 2010 tym, czym w ubiegłym było właśnie MW2. Mowa o Battlefield Bad Company 2 — strzelance, która na tyle przypomina MW2, żeby chcieli po nią sięgnąć fani produkcji studia Infinity Ward, a jednocześnie różni się w stopniu, który na długie miesiące zapewni odczucie nowości adeptom Modern Warfare 2. Warto wspomnieć chociaż sposób prowadzenia pojazdów, rozwalające się budynki oraz pierwszeństwo taktyki przed zwinnością.

W piątek europejska premiera na STEAMie, mam nadzieję przetestować. A potem od czasu do czasu zarzynać, tak jak MW2 w ciągu kilku ostatnich miesięcy.

***

Dzięki wzmiance o powieści „Nocny Słuchacz” moja strona wyskakuje na przedzie po wpisaniu w Google frazy jedwabisty f*ut. Przyszło mi do głowy, że to mogłoby być bardzo poręczne określenie dla wszystkich słodkich drani, w których choćby raz podkochiwał się chyba każdy z tu obecnych. Trzeba by je jakoś spopularyzować…

Luty kalendarzowo stał pod znakiem mojej ulubionej wartości dodanej, jeśli chodzi o facetów. Sorry, że dopiero teraz, ale… lepiej późno niż wcale.

Siedem dusznych myśli nocą/Sobota, 27. lutego 2010 r./

Mało trzeba, żeby dzień był dobry. Druga udana rozmowa z nowym ewentualnym pracodawcą. Świeża płyta Poluzjantów wirująca w odtwarzaczu. Telefon od faceta o balsamicznym głosie i śmiechu. Tylko tyle.

***

Dola geja to pogodzenie się w życiu z faktem, że kiedy robi się zdjęcia swojemu mężczyźnie w trakcie wyjazdu w plener to najpewniej po to, by kiedyś mógł szukać z ich pomocą nowego męża. Im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej dla Was, drodzy bracia i siostry. Pstrykajcie jak najładniejsze. Proszę.

***

Któregoś ranka, pewnie z racji niedawnej premiery ostatniego sezonu „LOST”, śnił mi się bardzo krótki, zjawiskowo wyrazisty sen — namiętny pocałunek z Matthew Foxem. Przepadam za tym facetem. Cztery lata temu śniłem to samo.

***

Niepostrzeżenie teleportowano mnie w to miejsce, gdzie prócz miłych chwil w potarganym łożu chciałoby się mieszkać w jednej chałupie, prać mu skarpetki, słuchać jego bekań i pierdzeń (to już nie o Matthew, on na pewno nie pierdzi). Tymczasem otwieram butelkę Warki i zapuszczam kolejnego almodóvara. Jak widać na tyle tylko mnie stać. A może nie, pocieszam się.

***

Przyjaciel spytał mnie kiedyś, czemu wszystko muszę przejaskrawiać. W swojej ostatniej lekturze znalazłem wreszcie jedynie słuszną odpowiedź — to sposób pisarza na porządkowanie rzeczywistości. A ja, jeśli nawet nie mam tego talentu, to przynajmniej czuję w sobie szczątki pisarskiego ducha.

***

Z listu do przyjaciela: Motto na moim ateistycznym grobie gdzieś pod płotem powinno brzmieć »Za dużo łez i sper*y wylane na facetów«. Pamiętaj!

***

Od kilku dni serce bije za wolno, dla odmiany. W nocy trochę się bałem, że stanie. Zamierałem, wyczekując kolejnego uderzenia. A każde było jak młot. Czułem je w klatce torsu, w klatce głowy. Och, doktorze, co mi dolega? Czy mam się rozebrać?

Jest nas dwóch. Rozmawiamy w nocy/Poniedziałek, 22. lutego 2010 r./

[WPIS ZAWIERA TREŚCI PRZEZNACZONE DLA OSÓB PEŁNOLETNICH. JEŚLI MASZ MNIEJ NIŻ 18 LAT, LEPIEJ NIE CZYTAJ, BO MI ZAMKNĄ STRONĘ.]

okładka książki

Już dawniej, po opisach na Merlinie i w Replice wiedziałem, że Armistead Maupin i jego „Nocny Słuchacz” to będzie jedna z moich najbliższych lektur. Pogląd ten przypieczętował bez wątpienia Gejowski ze swoim wpisem.

W końcu przyszedł na nią czas — dosłownie i w przenośni. Bo sam nie mogę się nadziwić, jak dobrze trafiłem w moment. Dokładnie takiej książki potrzebowałem na teraz. Miałem dawkować ją sobie powoli, ale coś czuję, że będzie to trudne. Nie pomyślcie sobie tylko za chwilę, że jest to powieść pornograficzna — cytat wybrałem tendencyjny.

Wszystko, co nas spotyka, w pewien sposób odmienia nasze oblicze. Czasami jednak doświadczamy czegoś więcej. Skala cierpienia, jakie staje na naszej drodze i przez które trzeba przeniknąć, wydaje się tak wielka, że tracimy choćby blade pojęcie o tym, kim będziemy, kiedy znów wyłonimy się z mgły. Przedostatnio czułem to poprzedniej jesieni, teraz znowu. Może na jakiś czas wyczerpałem limit?

Najbardziej brakowało mi właśnie pocałunków. Miał takie pełne, ładnie zarysowane wargi, którymi idealnie nastrajał każdą część mego ciała, aż, ogłupiały z rozkoszy, traciłem dech w jego ramionach. Nieraz, co zdumiewające, onanizowałem się z palcami stopy w jego ustach, gdy on z niewolniczym oddaniem spoglądał na mnie tymi oczami barwy spłowiałego drelichu… Albo przyssany do moich sutków jak żarłoczne niemowlę, mruczał: „O, tak, tak, pszepana”, póki nie doszedłem z furią, czując na brzuchu ostre konopie jego piersi, jedwabistego fiuta na nodze albo w zadziwionej dłoni. Spokojna, rozluźniona żądza, chuć na indywidualne zamówienie, jakiej się doznaje tylko po latach znajomości. Ale moje spełnienie było dla Jessa ważne do tego stopnia, że zbyt łatwo myliłem je z jego własnym. (Armistead Maupin, „Nocny Słuchacz”)

[Sex has many health benefits, including relieving stress, boosting the immune system with higher levels of immunoglobulin A, improving cardiovascular health, increasing self-esteem, improving intimacy, reducing pain by production of the hormone oxytocin, reducing the risk of prostate cancer, strengthens pelvic muscles, and promoting good sleep. Sexual behavior can be a disease vector. All human sexual behavior that involves contact with the bodily fluids of another person is considered to have some risk of transmission of sexually transmitted infections (STIs). Although the likelihood of transmitting infection varies a great deal by activity, in general all sexual activities between two (or more) people is considered a two-way route for the transmission of STIs; ‘giving’ or ‘receiving’ are both risky, although receiving carries a higher risk. (Wikipedia, MSM)]

Styczniowe Hairy Story/Niedziela, 21. lutego 2010 r./

Chodzę tam od dwudziestu lat. Aż trudno uwierzyć — przecież ja na tyle nawet nie wyglądam! Niedawno po raz pierwszy od nie wiem kiedy trafiłem na nowego fryzjera.

Na oko tak z 23 lata. Dobrze dopasowana czarna koszulka i bardzo zwinne palce, o czym miałem przekonać się już niebawem. Biorąc pod uwagę, że jeszcze nie tak dawno podobny egzemplarz dotykał mojej głowy bynajmniej nie w celach postrzyżyn, zrobiło mi się dziwnie. Spojrzałem przed siebie, jakbym widział przez lustro i dorzuciłem delikatny uśmiech.

Rozpoczęła się rozmowa.

„– Zakupy udane?” — usłyszałem gdzieś nad uchem. Pod ścianą stała moja torba z lokalnej gejlerii.
„– W reservdzie mają obniżkę na bokserki, to się obkupiłem w trzy pary…”

Śnieżna kula zaczyna toczyć się ze zbocza. Od zakupów — poprzez torby ekologiczne sprzedawane na szczytne cele razem z tymiż zakupami – zmagania naszych reprezentacji sportowych (ja: „– Nie bardzo w tym siedzę, prędzej moja siostra”) aż po moje pytanie, jak długo tu pracuje (on: „– Do tej pory pamiętam pierwszy dzień tutaj, dużo stresu”) oraz wspólne rozważania na temat natury klienta.

W końcu on pyta, jak sylwestra spędziłem. Śnieżna kula dociera na sam dół. Pomyślałem szybko, że zawsze chciałem się tak zachować w podobnej sytuacji, że teraz albo nigdy, więc

„– Ze znajomymi mojego chłopaka w [nazwa miasta]” — mówię.
„– W lokalu jakimś, czy w domu?”.
„– W domu, tylko o północy sobie wyszliśmy na miasto…”

Rozmowa toczy się dalej. Przesusza mi głowę suszarką. Sunie palcami po moich krótkich już włosach. Zdaje mi się, że ta chwila trwa wiecznie.

***

Podziękowałem, odpowiedziałem tak, bardzo dobrze, podszedłem do swoich pakunków. Uniosłem je, odwróciłem się i rzekłem do widzenia, patrząc prosto w jego oczy.

Robił to samo.

Wiecznie wychodząc z szafy/Sobota, 20. lutego 2010 r./

Kilkanaście dni temu powiedziałem ojcu, a ściślej rzecz biorąc walnąłem ni z gruszki ni z pietruszki, że mój chłopak odchodzi. To był pierwszy oficjalny coming out przed tatą, choć zawsze żywiłem przekonanie, że Mama rozmawiała z nim na ten temat od samego początku, jak tylko wyszedłem z szafy przed nią, w kwietniu 2002.

Spytałem, czy w tamtym okresie bardzo cierpiała. Odpowiedział, że w zasadzie tylko na początku. Później, kiedy na nowo zbudowała obraz mojej osoby, już nie. Nie wiem czemu, ale zapytałem też, czy nie jest zły, że rozmawiam z nim o tym (w ostatnie lato ja, on, siostra i T. pojechaliśmy na moją rodzinną wieś, ale nic nigdy nie zostało powiedziane wprost; wiele razy pytał, skąd jest T., co robi itd.).

Odpowiedział, że w ogóle. Przecież lepiej rozmawiać, niż się tym dusić (bardziej chodziło mu o sam fakt rozstania niż orientację). I tak właśnie zrobiliśmy.

***

Jutro będzie wpis o tym, jak prawiebrunet podrywał swojego fryzjera.

Reality struck me between the eyes/Czwartek, 18. lutego 2010 r./

Przeglądałem swoje piosenkowe teksty, od pierwszych po ostatnie. I jakoś teraz, w tym stanie, zostały mi w głowie dwa. Niezbyt optymistyczny Który rzuciłeś sprzed roku i dość pogodna Kołdra po twojej stronie, od napisania której minęło… 14 lat… ale chyba wolę sobie tego nie przypominać.

Teraz było całkiem inaczej niż we wszystkie poprzednie razy. A może tylko ja nosiłem w sobie takie przeświadczenie uwarunkowane dotychczasowym, dość ubogim bagażem doświadczeń. Nigdy nikogo, kto znajdowałby się tak niedaleko mnie i w kim widziałbym tyle uczuć do mnie. Pierwszy raz w życiu zaczęło świtać w mojej wielkiej głowie, że to rzeczywiście jest możliwe. Nie tylko w znanej każdemu teorii, ale i pożądanej przez wielu praktyce.

Pierwszy raz czułem, że mamy siebie.

Ale to była tylko rozsypanka. Domek z kart.

***

Zobaczyłem dokument „Homo PLRoberta Glińskiego. Dopiero trzy lata po premierze — i trochę mi wstyd. Wtedy zraziły mnie dość negatywne recenzje środowiska gejowskiego. Głupi byłem, bo mogłem od razu sam obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie. A produkcję uważam za bardzo udaną i jak na polskie warunki właściwie pionierską. Podczas oglądania uśmiechałem się, śmiałem i wzruszałem jednocześnie. Ten obraz niesie ze sobą stuprocentowo pozytywny przekaz, jest pozycją obowiązkową dla rodziny i przyjaciół osób homoseksualnych, ale i dla samych gejów/lesbijek. Fragment z babcią rozkłada na łopatki, podobnie jak historia rejestracji związku partnerskiego w UK. Obok wkleiłem coś na zachętę, na YouTube dostępna jest całość: FRAGMENT 01, FRAGMENT 02, FRAGMENT 03, FRAGMENT 04, FRAGMENT 05, FRAGMENT 06, FRAGMENT 07, FRAGMENT 08.

W moim własnym świecie/Środa, 17. lutego 2010 r./

Grupa Raz Dwa Trzy wydała w końcu singla zapowiadającego wyczekiwany album. Piosenka nazywa się „Dalej niż sięga myśl” i jest bardzo dobra (z tekstem, którego nie powstydziłby się najlepszy poeta), ale ja chciałem z tej okazji przypomnieć mój ulubiony, lekko jazzujący utwór kapeli, który oczywiście nigdy nie stał się singlem, bo ma dziesięć minut. Polecam wieczorny odsłuch przy niezbyt jasnym oświetleniu.

A tak w ogóle to Poluzjanci wydali wreszcie nowy krążek, a ja nic o tym nie wiedziałem.

***

Chciałbym Ci coś napisać, tak jak wtedy — w chwili szczęścia, tak i teraz, gdy chwilowo Ci smutno. Jesteś dla mnie zupełnie wyjątkowym facetem, wzrusza mnie Twoja wrażliwość i czułość, jaką obdarzasz świat. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze tacy ludzie. Odetchnąłem z radością, gdy wróciłeś ze swoją stroną do sieci. Wielkie dzięki, że jesteś. Serdeczności.

To jednak daje pozytywnego kopa. Poprzednio napisał do mnie, gdy opublikowałem zdjęcia z wypadu w jego rejony, czyli piątą galerię.

Dzięki wszystkim za cenne słowa, szczególnie M., H. i K. — za to, że byliście i jesteście gdzieś obok.

***

Nowe dziwne motto na stronie wzięło się z cztero-wersu, który wpadł niedawno do głowy, zdradza prawiebrunetowy prawiefetysz i na pewno stanie się kiedyś refrenem.

tylko wyhoduj sobie wokół ust
coś co będzie delikatnie kłuć
nakłuwać tę niewiarę w szczęście
że z czarnego się stanie srebrne w którymś momencie
to coś

Back to reality/Poniedziałek, 15. lutego 2010 r./

Jeśli dla kogoś z Was feed mojej strony nadal pozostaje czymś niezgłębionym, informuję o kilku rzeczach.

Po pierwsze, zmieniłem intro/utwór na głównej. „Walking In My Shoes” Depeche Mode stuprocentowo oddaje to, co ta strona ma mówić jako całość.

Po drugie, dodałem do puli nowe foto na dzień dobry. Niedzielnym popołudniem całkiem spontanicznie postanowiłem wylaszczyć się w obrębie łazienki. Polecam każdemu.

Po trzecie, wszystkie zdjęcia, z których zawsze losuje się jakieś na front, zebrałem pod wylosowanym i można je teraz przeglądać w formie albumu (wciśnijcie dwa razy F5 po wczytaniu głownej strony). Zbliżająca się w tym roku trzydziestka zmotywowała mnie nawet do małych podsumowań; każdą fotkę opatrzyłem niewielkim komentarzem. W sumie tak wyglądało ostatnie dziesięć lat.

Magia dotyku/Niedziela, 14. lutego 2010 r./

Jest środek nocy, gdzieś w okolicach drugiej. Wziąłem prysznic, ubrałem spodnie od piżamy, zapaliłem światła punktowe i pościeliłem łóżko. Położyłem się na kołdrze, na lewym boku. Zamknąłem oczy. Przypominałem sobie, jak dotykał mnie w tych wszystkich miejscach na ciele od szyi do pasa. Dotykałem się w podobny sposób.

W ten dla jednych całkiem zwyczajny, dla innych trochę bardziej szczególny dzień wklejam piosenkę Edyty G., bo ładnie zadedykowała.

Dobrze, że zostają ze mną sny. Tam nic się nie zmieniło. Matka żyje. Chłopak kocha. Chciałem zasnąć na tej kołdrze i już się nie obudzić.

Otworzyłem oczy. Był niedzielny pochmurny poranek.

Too much confusion/Sobota, 13. lutego 2010 r./

Nie wiem, kiedy się z tym pogodzę. Najtrudniej godzić się wieczorami. Szczególnie w weekendy.

Rok wzajemnych starań, troski, czułości, rok podwójnej codzienności pójdzie… sobie w siną dal™. I odje?any w kosmos seks. Kolejność jak najbardziej prawidłowa.

Nie wierzę w to, do mnie nie dotarło; przed północą chodzę po ścianach, tracę umiejętność oddychania przy pomocy powietrza, walę głową w mur. Najczęściej to ostatnie.

Tych kilkanaście przegadanych teraz dni. Kilkanaście godzin ostatecznej bliskości. Trochę definitywnych pożegnań.

Zasadnicza różnica polega może na tym, że ja muszę jeszcze wywalić z siebie to coś, co mogłem i chciałem dawać. Nie tylko to, co jeszcze nas łączy — strach że z nikim nie będzie tak dobrze.

Again or one more time, esp. in a different way/Piątek, 5. lutego 2010 r./

Byliśmy ze sobą rok. Chciał być ze mną od dawna; tak dawno, że nawet ja sam nie wierzyłem jeszcze wtedy w taką możliwość. Potem na szczęście mi przeszło. Uwierzyłem, chciałem. W końcu chcieliśmy jednocześnie.

Niedawno powiedział, że nie czuje do mnie tego, co kiedyś.

***

Historia jakich wiele. Dla innych banał łamany przez kliszę, dla mnie jedna z kilku życiowych porażek. Moja nowa mała tragedia.

Resztę zachowam dla siebie. Tam, gdzie trzymam wszystko, co najcenniejsze.
To był jak na razie najpiękniejszy rok mojego życia.

***

nothing ever can explain why I let it go astray. why I let it fade to grey when what we had was an aqua blue. aqua blue like sea and sky, deep below and way up high. doesn’t have to prove itself to somebody else… give me aqua blue. walk me through the waterfall. let me start anew. walk me through the waterfall. back to the aqua blue. it was such a big mistake. tell me that it’s not too late, say you’re gonna ease the pain and drift again in the aqua blue. walk me through the waterfall. let me start anew. walk me through the waterfall. back to the aqua blue.

Dwanaście lat/Środa, 20. stycznia 2010 r./

Jest kilka polskich zespołów, które bardzo kojarzą mi się ze szczenięcą młodością. Hey, Big Day, Firebirds od razu przychodzą do głowy. Razem z konkretnymi wspomnieniami.

Pierwszy zespół zdołał uciec spod troskliwych inaczej skrzydeł słynnej killer-manager PolyGram Polska (teraz Universal Music Polska) jeszcze zanim spadł z drabiny powszechnego zainteresowania. Drugiemu prawie udał się podobny manewr — wydają nawet do teraz płyty i po prostu robią swoje, ale uwagi ogólnopolskich mediów bez wsparcia wielkiej wytwórni nie udało im się przykuć już nigdy. Trzecia kapela została za to potraktowana najgorzej. Miała powtórzyć sukces Nosowskiej z kolegami, ale dość szybko stwierdzono chyba, że grają trochę inaczej (jakby od początku nie było tego słychać…) i wrzucono do zakładowej ścinarki.

okładka pierwszej płyty CD zespołu Firebirds

Przed kontraktem nagrali anglojęzyczną kasetę „Desire”. Później był debiutancki krążek CD „Kolory” współprodukowany przez Edytę Bartosiewicz (udziela się też w chórkach) — klimatyczny album o bardzo szerokim spektrum emocjonalnego przekazu, od mroczności po euforię. To z niego pochodzą znane wielu z Was (?) single „Harry”, „Niedoczekany” i „24 zachody słońca” (nawet jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy). Drugie CD powstało dwa lata po pierwszym. Dwanaście lat temu. Na płycie „Trans…” było o transseksualistach, homoseksualistach, czarnych i prostytutkach. Może właśnie tematyka nie przypadła do gustu managerom Universalu z bożej łaski, bo sam singiel tytułowy to majstersztyk, który szalał po rozgłośniach radiowych (stoję ja sobie kiedyś w spożywczym po kartofle, mam 18 lat, a tu z radia pani śpiewa o dziewczynce, która była chłopcem; fajnie).

okładka drugiej płyty CD zespołu Firebirds

Po utracie kontraktu zespół rozpadł się. Jakieś dwa lata temu natrafiłem na profil jego wokalistki na MySpace. Zapowiadała płytę solową, co bardzo mnie ucieszyło. Próbne utwory były jednak bardzo elektroniczne i ze śladową ilością wokalu, co cieszyło już znacznie mniej.

I oto kilka dni temu wchodzę ponownie na ten profil, a tu zupełnie inna stylistka kawałków przypominająca duszą i ciałem Firebirds jako żywe, a tajemniczy admin strony zapowiada, że album na pewno się ukaże, jak tylko znajdą wydawcę. Poszperałem w sieci i dokopałem się do bloga właściciela studia, które współprodukuje wiele polskich albumów. W jednej z notek z 2008 roku informują, że Joanna pracuje ze swoim kolegą z zespołu. Nad albumem.

Wysłałem do niego pytanie, czy wie, kiedy w końcu ukaże się to cudo. Odpisał mi, że termin wrzesień 2010 jest bardzo prawdopodobny. Jeśli tak będzie, Joanna Prykowska zdoła wydać nowe piosenki po dwunastu latach od ostatniej muzycznej przygody, tym samym przegoni Edytę Bartosiewicz, która a) współprodukowała pierwsze CD Firebirds; b) ostatni album wydała w tym samym roku, co oni; c) do tej pory nie wydała nowego. A szkoda. Może weźmie przykład z nieco młodszej koleżanki?

Joasiu droga, wydawaj kolejną piękną płytę, a najlepiej to zrób jeszcze tak, żeby starsze znów można było gdzieś kupić! Choć pewnie Universal dzierży prawa, ale krążków nie dotłoczy, no bo po co

Give me love right here, give me love right now/Środa, 13. stycznia 2010 r./

Może to do mnie niepodobne, ale właśnie takiej muzyki teraz potrzebuję.

Lights backwards/Wtorek, 5. stycznia 2010 r./

Dzień wczorajszy miał być całkiem inny. Coś jak sobota, może nawet i niedziela. Już od przedpołudnia aż do późnych godzin nocnych wydało się niestety, że to nie tylko ta część tygodnia, co widniała w kalendarzu, lecz do tego jakby nieustanny poniedziałek, szósta trzydzieści. Po wszystkim padłem na łóżko i obudziłem się wiele godzin później, a śniły mi się takie dziwne, profetyczne sprawy.

Lubię myśleć, że to Ona chciała mi coś powiedzieć, skoro nigdy, nawet w takich momentach, nie widzę jej w żadnym ze snów. Post-apokaliptyczna wizja zaczyna się spełniać? A może to tylko zwykła przepowiednia? Jedna z wielu, które ogłaszała za życia.

Dobór piosenek nigdy nie jest tu przypadkowy.

So happy I could die/Czwartek, 31. grudnia 2009 r./

W końcu jakiś normalny Sylwester.
Do Siego Roku!

Mniej więcej tak to zakwita/Sobota, 26. grudnia 2009 r./

Nie, nie najadłem się jak dzika świnia, ale nie mogę też narzekać. Od jutra trzeba wrócić do ćwiczeń. Nie lubię, kiedy moje mięśnie zapominają znaczenia słowa trening, a coś mi podpowiada, że po raz kolejny nadchodzi ten moment.

Czas tzw. świąt minął bez zakłóceń. Jako rodzina zdołaliśmy wznieść się na wyżyny kultury osobistej i obyło się bez tragedii. Cieszy mnie taki obrót sprawy.

Powoli rozwijam talenta kulinarne i nawet nie wychodzi to tak niesmacznie, jak się spodziewałem. Gotowanie nie jest złe, gdyby nie te góry zmywania! Lubię zmywać, tylko może nie hałdy naczyń. Ale ale — gdy jedna osoba zajmuje się przygotowaniem posiłku, a druga po nim sprząta, to jest zupełnie nowa jakość. Każdemu polecam.

moje własne łyżwy | kliknij, aby powiększyć

Święta zaowocowały moimi własnymi łyżwami, co raduje mnie, że ho ho. Wizytowanie lodowiska to rodzaj aktywności fizycznej, który bardzo przypadł mi do gustu, więc mam zamiar dobrze to wykorzystać. W końcu któż z nas nie lubi kształtnych ud i ładnie wyrzeźbionych łydek? Kilka sezonów doświadczenia zdobytego na rolkach bardzo się zresztą przydało, a jazda w towarzystwie T. to wielka przyjemność.

Niedawno odkryłem, że ojciec przyglądał się jego garniturowemu zdjęciu, które trzymam na parapecie. Patrzę na nie, nim wieczorem zgaszę światło. Obok stoją zdjęcia Mamy.

Środowe spotkanie było bardzo… ciekawe. Oby wydało owoc.
Ogólnie żyję, nawet mam się nieźle, zważywszy na okoliczności. Jutro już z T.

Wchodzę do biurowca, zmieniam buty na czarne/Wtorek, 22. grudnia 2009 r./

drogi zasypał śnieg
chyba przyszły święta
kolęda kolęda
już wiem że nigdy nie będziesz mój

A nie. To zupełnie nie te święta. Kiedyś miałem takie problemy, ale kiedy to było. Rok temu o tej porze żywiłem już wielkie nadzieje i posiadałem opracowany plan zdobywczy. Jego realizacja trochę mi zajęła, ale poszło OK. A ile radości przy tym było.

Wzajemne poznawanie swoich charakterów, docieranie się, odkrywanie wielu rzeczy wspólnie i tym podobne banały… to wszystko niesie ze sobą coś bardzo pozytywnego. Jestem typem, który na tym etapie swojej nie bardzo kolorowej egzystencji najbardziej docenia chyba spokój i stabilizację. Chwilowe szaleństwa są wporzo, ale u mnie muszą znać swoje miejsce i czas. Pielęgnowana relacja daje tyle samo dobrego, jeśli chodzi o samorozwój, ale znacznie mniejszym kosztem.

Piosenka zamiast życzeń świątecznych. Przypomina mi o Mamie, ale głównie o tym, żeby nie czekać biernie na coś. Bierzcie sprawy w swoje ręce! Tego Wam życzę. Na teraz i na cały rok 20 10.

(Ja np. idę jutro na rozmowę kwalifikacyjną. Trzymajcie za mnie kciuki od 14:30.)

szybko powiem co chcę
żeby znowu nie czekać cały rok

Don’t call my name, Alejandro/Czwartek, 17. grudnia 2009 r./

Urodziny Xella doczekały się już tylu relacji i recenzji, że nie ma sensu dodawać nic więcej. Starczy wspomnieć sprawozdanie szybszej niż Internet Teresy, symptomatyczny, aczkolwiek nieco zaskakujący raport Gejowskiego oraz notatki samego Gospodarza, któremu wdzięcznym za zaproszenie naszego skromnego niewylaszczonego duo.

Była Gaga, nie było ciasno, a T. pozostał w jednym kawałku, choć wstrętne siostry robiły wiele, żeby go rozczłonkować. Nieładnie! Singlom to się szczególnie nie dziwię (wystarczy spojrzeć na T.), ale żeby i mężaci??? Świat zmierza ku niechybnemu upadkowi.

No i last but not least — gdyby trzynaście czy czternaście lat temu, czyli odkąd kojarzę Xella, ktoś powiedział mi, że po tych wszystkich latach utnę sobie z nim pogawędkę w jego nowej cudownej kuchni…

Zawsze twierdziłem, że nie ma to jak być gejem.

Zagadaj mnie na śmierć, niech skonam z nudów/Sobota, 12. grudnia 2009 r./

Obudziłem się później niż zwykle. Wstałem z łóżka, w radiu była muzyka. Na śniadanie ugrzałem dwa serdelki, zjadłem z chlebem. Spojrzałem za okno i stwierdziłem, że na trzeźwo tej ciemnicy nie zdzierżę. Ale jakoś próbuję.

Chodzę to tu, to tam. Nic ciekawego nie znajduję. Posprzątałbym, ale jest niejasno, zatem nie dostrzegam błota i kurzu. Kurz to tak normalnie, z powietrza. Błoto z butów ojca. Chadzał w nich wczoraj po mieszkaniu prawie na czworaka. Tak normalnie, z imienin kolegi. Teraz wiem, czemu wolę nie pić. Zresztą jak już piłem, nic dobrego z tego nie było, czasem jakaś nieporadna miłość, hue hue.

Zamontowałem rolety w oknach. Są tak nieprzenikliwe, że kiedy kładę się spać, nie widzę czubka własnego nosa; kiedy wstaję, nie mam pojęcia, która może być godzina (zazwyczaj jest dwie godziny później, niż mi się zdaje).

Szukam kogoś, u kogo będę mógł posiedzieć w coś, co przez wyznawców dominującej w tym kraju religii nazywane jest wieczorem wigilijnym. W miejscu, w którym teraz przebywam, zdecydowanie wolałbym nie.

Gruchnęła mi z jednej strony moja niebiesko-miodowa kanapa. Zdezelowała się, chociaż ma dopiero trzy i pół roku. Wielki to smutek dla mnie, bo bardzo ją lubię oraz wiele chwil miłych też na niej spędziłem. Próbowaliśmy naprawiać i gdzieś tak w połowie się udało, ale śruba, którą zobowiązaliśmy do godnego przejęcia roli pękniętego nitu, trochę nie wyrabia. Za cienka jest. Będzie trzeba poszukać grubszej.

Wieczorem urodzinówka/parapetówka u Xella. Podobno ma być Lady Gaga i ciasno.

Miałam dom. Gdzie to było?/Niedziela, 6. grudnia 2009 r./

Zastanawiałem się w nocy, z czego bierze się wieczny, podskórny smutek oraz głębokie przeświadczenie, że większość z tego, co tu się dzieje, na tej planecie, w tym jedynym życiu, wypadałoby tylko o kant tyłka potłuc. Czy powodem są koledzy z podstawówki, którzy ciągnęli za uszy i mówili pedał? A może raczej dalecy znajomi płci męskiej z liceum, kiedy zaktualizowali swój repertuar o pytanie »Chciałbyś mi possać, prawda?«?

Nie, to pewnie coś innego.

Wieczne udawanie czegoś. Godzenie się na rzeczy, z którymi za nic w świecie nie chciałoby się pogodzić, ale nie ma innego wyjścia, więc trzeba. Gwałcenie siebie nie tylko przez uszy i oczy; przez wszystkie zmysły po kolei, na zmianę. Chyba tylko czas studiów był prawdziwie wolny od tego. Ale wtedy nie było to wiadome. Niewidoczne między sześćdziesiątą szóstą a sześćdziesiątą siódmą lekturą do egzaminu. Szkoda. Już samo wspomnienie jest piękne.

Kaśka Nosowska zaczęła karierę zawodową od posady w urzędzie pocztowym załatwionej przez rodzinę. Po kilku dniach nieustannego stemplowania paczek w okienku doszła do wniosku, że wieczna perspektywa stemplowania zbytnio ją przygniata. Ale że innej perspektywy nie widziała, stemplowała. Kilka kolejnych dni i plan samobójstwa został ułożony. Wtedy dowiedziała się, że może jechać z jednym z zespołów na występ do Jarocina. Kierowniczka urzędu pocztowego była jednak nieugięta. Kaśce nie należał się jeszcze urlop. Żadnego wolnego, co to to nie. Pierdolnęła więc pocztę w cholerę i pojechała śpiewać. Reszta znana jest ogólnie.

Może dobrze, że nie jestem Kaśką Nosowską? Raczej tak. Przełączyć trzeba mi się. Przez kilka lat na pewno znów się uda, nie może nie udać się. Czegoś udawanie? Proszę bardzo. Na wszystko godzenie się? Ależ oczywiście — na miejscu, czy na wynos? Gwałcenie przez wszystko, od A, koniecznie przez O, aż do Z. Pełny asortyment. Kto nie gra, ten wypada z gry. Chyba że ma szczęście robić coś, co nie wymaga porannego zabijania samego siebie w sobie. Kawałek po kawałku. Co rusz Ciebie mniej. I mniej mnie też.

Słucham radia Eska. Tacy tam wszyscy radośni. Radosna muzyka.

Na Mikołaja dostałem swojego mężczyznę przez prawie cały dzień. Lepszego prezentu nie znam. Na jutrzejsze urodziny chcę to samo, albo przynajmniej podobne. Na każde.

Dla Ciebie polubię Lady Gagę.

Czas z bicza strzela/Czwartek, 3. grudnia 2009 r./

Ludziom z reguły wydaje się, że są młodsi, niż twierdzi ich dowód. Może to jechanie stereotypami, ale facetów ta kwestia dotyczy chyba bardziej. A gejów to już w ogóle.

Wbrew pozorom niesie to ze sobą sporo dobrego. Moi znajomi zachowujący się w ten sposób mają znacznie więcej wigoru od swoich równolatków. Oczywiście widzę korelację z faktem, że nie posiadają żony i dzieci, więc życie zdążyło ich zmęczyć znacznie mniej. Z drugiej strony czyhają na nich przecież inne niespodzianki, te z gejowskiego lajfstajlu. Nagła załamka samotną egzystencją, brakiem miłości itd. Jednak krzewiąc w sobie swój wewnętrzny młodociany wizerunek, paradoksalnie nie tylko nie narażają się na śmieszność (co często zdarza się dojrzałym mężczyznom heteroseksualnym z odchowanymi latoroślami), ale są w dodatku lepiej postrzegani. I żyje im się znacznie lżej.

To, że sam się starzeję, nie pozostaje zapewne bez wpływu na fakt, że po raz pierwszy odkrywam coś pozytywnego w powiedzeniu „boys will be boys”.

Do tych głębokich inaczej przemyśleń sprowokował mnie jeden z ostatnich odcinków naszego ulubionego komiksu „Adam & Andy”, który, jak pewnie wiecie, można kupić już za $9.95 u samego autora, co szczerze polecam.

Dobry XHTML 1.0 Strict | (CC) 1996 — 2010 Some Rights Reserved