prawiebrunet.pl v29 | tylko wyhoduj sobie wokół ust

Poniedziałek, 8. lutego 2010 r. | Ostatnio dodane: Wśród matowych rozgrzanych traw [2010-02-08]

niecodziennik

««

Wśród matowych rozgrzanych traw/Poniedziałek, 8. lutego 2010 r./

Tekst jest mną, ja jestem tekstem. Lecz kto słucha dzisiaj jeszcze tekstów piosenek? Na pewno nie Wy. Może i lepiej. W ten sposób mogę nawet wyjawiać swoje zamiary.

I to chyba dobrze/Niedziela, 7. lutego 2010 r./

Tekst jest mną, ja jestem tekstem. Lecz kto słucha dzisiaj jeszcze tekstów piosenek? Na pewno nie Wy. Może i lepiej. W ten sposób mogę nawet uśmiechać się przez łzy.

Again or one more time, esp. in a different way/Piątek, 5. lutego 2010 r./

Byliśmy ze sobą rok. Chciał być ze mną od dawna; tak dawno, że nawet ja sam nie wierzyłem jeszcze wtedy w taką możliwość. Potem na szczęście mi przeszło. Uwierzyłem, chciałem. W końcu chcieliśmy jednocześnie.

Niedawno powiedział, że nie czuje do mnie tego, co kiedyś.

***

Historia jakich wiele. Dla innych banał łamany przez kliszę, dla mnie jedna z kilku życiowych porażek. Moja nowa mała tragedia.

Resztę zachowam dla siebie. Tam, gdzie trzymam wszystko, co najcenniejsze.
To był jak na razie najpiękniejszy rok mojego życia.

***

nothing ever can explain why I let it go astray. why I let it fade to grey when what we had was an aqua blue. aqua blue like sea and sky, deep below and way up high. doesn’t have to prove itself to somebody else… give me aqua blue. walk me through the waterfall. let me start anew. walk me through the waterfall. back to the aqua blue. it was such a big mistake. tell me that it’s not too late, say you’re gonna ease the pain and drift again in the aqua blue. walk me through the waterfall. let me start anew. walk me through the waterfall. back to the aqua blue.

Dwanaście lat/Środa, 20. stycznia 2010 r./

Jest kilka polskich zespołów, które bardzo kojarzą mi się ze szczenięcą młodością. Hey, Big Day, Firebirds od razu przychodzą do głowy. Razem z konkretnymi wspomnieniami.

Pierwszy zespół zdołał uciec spod troskliwych inaczej skrzydeł słynnej killer-manager PolyGram Polska (teraz Universal Music Polska) jeszcze zanim spadł z drabiny powszechnego zainteresowania. Drugiemu prawie udał się podobny manewr — wydają nawet do teraz płyty i po prostu robią swoje, ale uwagi ogólnopolskich mediów bez wsparcia wielkiej wytwórni nie udało im się przykuć już nigdy. Trzecia kapela została za to potraktowana najgorzej. Miała powtórzyć sukces Nosowskiej z kolegami, ale dość szybko stwierdzono chyba, że grają trochę inaczej (jakby od początku nie było tego słychać…) i wrzucono do zakładowej ścinarki.

okładka pierwszej płyty CD zespołu Firebirds

Przed kontraktem nagrali anglojęzyczną kasetę „Desire”. Później był debiutancki krążek CD „Kolory” współprodukowany przez Edytę Bartosiewicz (udziela się też w chórkach) — klimatyczny album o bardzo szerokim spektrum emocjonalnego przekazu, od mroczności po euforię. To z niego pochodzą znane wielu z Was (?) single „Harry”, „Niedoczekany” i „24 zachody słońca” (nawet jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy). Drugie CD powstało dwa lata po pierwszym. Dwanaście lat temu. Na płycie „Trans…” było o transseksualistach, homoseksualistach, czarnych i prostytutkach. Może właśnie tematyka nie przypadła do gustu managerom Universalu z bożej łaski, bo sam singiel tytułowy to majstersztyk, który szalał po rozgłośniach radiowych (stoję ja sobie kiedyś w spożywczym po kartofle, mam 18 lat, a tu z radia pani śpiewa o dziewczynce, która była chłopcem; fajnie).

okładka drugiej płyty CD zespołu Firebirds

Po utracie kontraktu zespół rozpadł się. Jakieś dwa lata temu natrafiłem na profil jego wokalistki na MySpace. Zapowiadała płytę solową, co bardzo mnie ucieszyło. Próbne utwory były jednak bardzo elektroniczne i ze śladową ilością wokalu, co cieszyło już znacznie mniej.

I oto kilka dni temu wchodzę ponownie na ten profil, a tu zupełnie inna stylistka kawałków przypominająca duszą i ciałem Firebirds jako żywe, a tajemniczy admin strony zapowiada, że album na pewno się ukaże, jak tylko znajdą wydawcę. Poszperałem w sieci i dokopałem się do bloga właściciela studia, które współprodukuje wiele polskich albumów. W jednej z notek z 2008 roku informują, że Joanna pracuje ze swoim kolegą z zespołu. Nad albumem.

Wysłałem do niego pytanie, czy wie, kiedy w końcu ukaże się to cudo. Odpisał mi, że termin wrzesień 2010 jest bardzo prawdopodobny. Jeśli tak będzie, Joanna Prykowska zdoła wydać nowe piosenki po dwunastu latach od ostatniej muzycznej przygody, tym samym przegoni Edytę Bartosiewicz, która a) współprodukowała pierwsze CD Firebirds; b) ostatni album wydała w tym samym roku, co oni; c) do tej pory nie wydała nowego. A szkoda. Może weźmie przykład z nieco młodszej koleżanki?

Joasiu droga, wydawaj kolejną piękną płytę, a najlepiej to zrób jeszcze tak, żeby starsze znów można było gdzieś kupić! Choć pewnie Universal dzierży prawa, ale krążków nie dotłoczy, no bo po co

Give me love right here, give me love right now/Środa, 13. stycznia 2010 r./

Może to do mnie niepodobne, ale właśnie takiej muzyki teraz potrzebuję.

Lights backwards/Wtorek, 5. stycznia 2010 r./

Dzień wczorajszy miał być całkiem inny. Coś jak sobota, może nawet i niedziela. Już od przedpołudnia aż do późnych godzin nocnych wydało się niestety, że to nie tylko ta część tygodnia, co widniała w kalendarzu, lecz do tego jakby nieustanny poniedziałek, szósta trzydzieści. Po wszystkim padłem na łóżko i obudziłem się wiele godzin później, a śniły mi się takie dziwne, profetyczne sprawy.

Lubię myśleć, że to Ona chciała mi coś powiedzieć, skoro nigdy, nawet w takich momentach, nie widzę jej w żadnym ze snów. Post-apokaliptyczna wizja zaczyna się spełniać? A może to tylko zwykła przepowiednia? Jedna z wielu, które ogłaszała za życia.

Dobór piosenek nigdy nie jest tu przypadkowy.

So happy I could die/Czwartek, 31. grudnia 2009 r./

W końcu jakiś normalny Sylwester.
Do Siego Roku!

Mniej więcej tak to zakwita/Sobota, 26. grudnia 2009 r./

Nie, nie najadłem się jak dzika świnia, ale nie mogę też narzekać. Od jutra trzeba wrócić do ćwiczeń. Nie lubię, kiedy moje mięśnie zapominają znaczenia słowa trening, a coś mi podpowiada, że po raz kolejny nadchodzi ten moment.

Czas tzw. świąt minął bez zakłóceń. Jako rodzina zdołaliśmy wznieść się na wyżyny kultury osobistej i obyło się bez tragedii. Cieszy mnie taki obrót sprawy.

Powoli rozwijam talenta kulinarne i nawet nie wychodzi to tak niesmacznie, jak się spodziewałem. Gotowanie nie jest złe, gdyby nie te góry zmywania! Lubię zmywać, tylko może nie hałdy naczyń. Ale ale — gdy jedna osoba zajmuje się przygotowaniem posiłku, a druga po nim sprząta, to jest zupełnie nowa jakość. Każdemu polecam.

moje własne łyżwy | kliknij, aby powiększyć

Święta zaowocowały moimi własnymi łyżwami, co raduje mnie, że ho ho. Wizytowanie lodowiska to rodzaj aktywności fizycznej, który bardzo przypadł mi do gustu, więc mam zamiar dobrze to wykorzystać. W końcu któż z nas nie lubi kształtnych ud i ładnie wyrzeźbionych łydek? Kilka sezonów doświadczenia zdobytego na rolkach bardzo się zresztą przydało, a jazda w towarzystwie T. to wielka przyjemność.

Niedawno odkryłem, że ojciec przyglądał się jego garniturowemu zdjęciu, które trzymam na parapecie. Patrzę na nie, nim wieczorem zgaszę światło. Obok stoją zdjęcia Mamy.

Środowe spotkanie było bardzo… ciekawe. Oby wydało owoc.
Ogólnie żyję, nawet mam się nieźle, zważywszy na okoliczności. Jutro już z T.

Wchodzę do biurowca, zmieniam buty na czarne/Wtorek, 22. grudnia 2009 r./

drogi zasypał śnieg
chyba przyszły święta
kolęda kolęda
już wiem że nigdy nie będziesz mój

A nie. To zupełnie nie te święta. Kiedyś miałem takie problemy, ale kiedy to było. Rok temu o tej porze żywiłem już wielkie nadzieje i posiadałem opracowany plan zdobywczy. Jego realizacja trochę mi zajęła, ale poszło OK. A ile radości przy tym było.

Wzajemne poznawanie swoich charakterów, docieranie się, odkrywanie wielu rzeczy wspólnie i tym podobne banały… to wszystko niesie ze sobą coś bardzo pozytywnego. Jestem typem, który na tym etapie swojej nie bardzo kolorowej egzystencji najbardziej docenia chyba spokój i stabilizację. Chwilowe szaleństwa są wporzo, ale u mnie muszą znać swoje miejsce i czas. Pielęgnowana relacja daje tyle samo dobrego, jeśli chodzi o samorozwój, ale znacznie mniejszym kosztem.

Piosenka zamiast życzeń świątecznych. Przypomina mi o Mamie, ale głównie o tym, żeby nie czekać biernie na coś. Bierzcie sprawy w swoje ręce! Tego Wam życzę. Na teraz i na cały rok 20 10.

(Ja np. idę jutro na rozmowę kwalifikacyjną. Trzymajcie za mnie kciuki od 14:30.)

szybko powiem co chcę
żeby znowu nie czekać cały rok

Don’t call my name, Alejandro/Czwartek, 17. grudnia 2009 r./

Urodziny Xella doczekały się już tylu relacji i recenzji, że nie ma sensu dodawać nic więcej. Starczy wspomnieć sprawozdanie szybszej niż Internet Teresy, symptomatyczny, aczkolwiek nieco zaskakujący raport Gejowskiego oraz notatki samego Gospodarza, któremu wdzięcznym za zaproszenie naszego skromnego niewylaszczonego duo.

Była Gaga, nie było ciasno, a T. pozostał w jednym kawałku, choć wstrętne siostry robiły wiele, żeby go rozczłonkować. Nieładnie! Singlom to się szczególnie nie dziwię (wystarczy spojrzeć na T.), ale żeby i mężaci??? Świat zmierza ku niechybnemu upadkowi.

No i last but not least — gdyby trzynaście czy czternaście lat temu, czyli odkąd kojarzę Xella, ktoś powiedział mi, że po tych wszystkich latach utnę sobie z nim pogawędkę w jego nowej cudownej kuchni…

Zawsze twierdziłem, że nie ma to jak być gejem.

Zagadaj mnie na śmierć, niech skonam z nudów/Sobota, 12. grudnia 2009 r./

Obudziłem się później niż zwykle. Wstałem z łóżka, w radiu była muzyka. Na śniadanie ugrzałem dwa serdelki, zjadłem z chlebem. Spojrzałem za okno i stwierdziłem, że na trzeźwo tej ciemnicy nie zdzierżę. Ale jakoś próbuję.

Chodzę to tu, to tam. Nic ciekawego nie znajduję. Posprzątałbym, ale jest niejasno, zatem nie dostrzegam błota i kurzu. Kurz to tak normalnie, z powietrza. Błoto z butów ojca. Chadzał w nich wczoraj po mieszkaniu prawie na czworaka. Tak normalnie, z imienin kolegi. Teraz wiem, czemu wolę nie pić. Zresztą jak już piłem, nic dobrego z tego nie było, czasem jakaś nieporadna miłość, hue hue.

Zamontowałem rolety w oknach. Są tak nieprzenikliwe, że kiedy kładę się spać, nie widzę czubka własnego nosa; kiedy wstaję, nie mam pojęcia, która może być godzina (zazwyczaj jest dwie godziny później, niż mi się zdaje).

Szukam kogoś, u kogo będę mógł posiedzieć w coś, co przez wyznawców dominującej w tym kraju religii nazywane jest wieczorem wigilijnym. W miejscu, w którym teraz przebywam, zdecydowanie wolałbym nie.

Gruchnęła mi z jednej strony moja niebiesko-miodowa kanapa. Zdezelowała się, chociaż ma dopiero trzy i pół roku. Wielki to smutek dla mnie, bo bardzo ją lubię oraz wiele chwil miłych też na niej spędziłem. Próbowaliśmy naprawiać i gdzieś tak w połowie się udało, ale śruba, którą zobowiązaliśmy do godnego przejęcia roli pękniętego nitu, trochę nie wyrabia. Za cienka jest. Będzie trzeba poszukać grubszej.

Wieczorem urodzinówka/parapetówka u Xella. Podobno ma być Lady Gaga i ciasno.

Miałam dom. Gdzie to było?/Niedziela, 6. grudnia 2009 r./

Zastanawiałem się w nocy, z czego bierze się wieczny, podskórny smutek oraz głębokie przeświadczenie, że większość z tego, co tu się dzieje, na tej planecie, w tym jedynym życiu, wypadałoby tylko o kant tyłka potłuc. Czy powodem są koledzy z podstawówki, którzy ciągnęli za uszy i mówili pedał? A może raczej dalecy znajomi płci męskiej z liceum, kiedy zaktualizowali swój repertuar o pytanie »Chciałbyś mi possać, prawda?«?

Nie, to pewnie coś innego.

Wieczne udawanie czegoś. Godzenie się na rzeczy, z którymi za nic w świecie nie chciałoby się pogodzić, ale nie ma innego wyjścia, więc trzeba. Gwałcenie siebie nie tylko przez uszy i oczy; przez wszystkie zmysły po kolei, na zmianę. Chyba tylko czas studiów był prawdziwie wolny od tego. Ale wtedy nie było to wiadome. Niewidoczne między sześćdziesiątą szóstą a sześćdziesiątą siódmą lekturą do egzaminu. Szkoda. Już samo wspomnienie jest piękne.

Kaśka Nosowska zaczęła karierę zawodową od posady w urzędzie pocztowym załatwionej przez rodzinę. Po kilku dniach nieustannego stemplowania paczek w okienku doszła do wniosku, że wieczna perspektywa stemplowania zbytnio ją przygniata. Ale że innej perspektywy nie widziała, stemplowała. Kilka kolejnych dni i plan samobójstwa został ułożony. Wtedy dowiedziała się, że może jechać z jednym z zespołów na występ do Jarocina. Kierowniczka urzędu pocztowego była jednak nieugięta. Kaśce nie należał się jeszcze urlop. Żadnego wolnego, co to to nie. Pierdolnęła więc pocztę w cholerę i pojechała śpiewać. Reszta znana jest ogólnie.

Może dobrze, że nie jestem Kaśką Nosowską? Raczej tak. Przełączyć trzeba mi się. Przez kilka lat na pewno znów się uda, nie może nie udać się. Czegoś udawanie? Proszę bardzo. Na wszystko godzenie się? Ależ oczywiście — na miejscu, czy na wynos? Gwałcenie przez wszystko, od A, koniecznie przez O, aż do Z. Pełny asortyment. Kto nie gra, ten wypada z gry. Chyba że ma szczęście robić coś, co nie wymaga porannego zabijania samego siebie w sobie. Kawałek po kawałku. Co rusz Ciebie mniej. I mniej mnie też.

Słucham radia Eska. Tacy tam wszyscy radośni. Radosna muzyka.

Na Mikołaja dostałem swojego mężczyznę przez prawie cały dzień. Lepszego prezentu nie znam. Na jutrzejsze urodziny chcę to samo, albo przynajmniej podobne. Na każde.

Dla Ciebie polubię Lady Gagę.

Czas z bicza strzela/Czwartek, 3. grudnia 2009 r./

Ludziom z reguły wydaje się, że są młodsi, niż twierdzi ich dowód. Może to jechanie stereotypami, ale facetów ta kwestia dotyczy chyba bardziej. A gejów to już w ogóle.

Wbrew pozorom niesie to ze sobą sporo dobrego. Moi znajomi zachowujący się w ten sposób mają znacznie więcej wigoru od swoich równolatków. Oczywiście widzę korelację z faktem, że nie posiadają żony i dzieci, więc życie zdążyło ich zmęczyć znacznie mniej. Z drugiej strony czyhają na nich przecież inne niespodzianki, te z gejowskiego lajfstajlu. Nagła załamka samotną egzystencją, brakiem miłości itd. Jednak krzewiąc w sobie swój wewnętrzny młodociany wizerunek, paradoksalnie nie tylko nie narażają się na śmieszność (co często zdarza się dojrzałym mężczyznom heteroseksualnym z odchowanymi latoroślami), ale są w dodatku lepiej postrzegani. I żyje im się znacznie lżej.

To, że sam się starzeję, nie pozostaje zapewne bez wpływu na fakt, że po raz pierwszy odkrywam coś pozytywnego w powiedzeniu „boys will be boys”.

Do tych głębokich inaczej przemyśleń sprowokował mnie jeden z ostatnich odcinków naszego ulubionego komiksu „Adam & Andy”, który, jak pewnie wiecie, można kupić już za $9.95 u samego autora, co szczerze polecam.

Gay Road/Środa, 25. listopada 2009 r./

Czasem przypominam sobie o tym, że przez moje życie przewinęło się już trochę osób, które po uzyskaniu wiedzy na temat mojej orientacji jakimś zbiegiem okoliczności usunęły się z pola widzenia. Dziwna to konstatacja, bo ogólnie żywię mocne przeświadczenie, że wyjście z szafy to fajna sprawa. Ale tak od święta zaczynam roztrząsać. Ile w mojej postawie chęci do samooszukiwania, żeby lepiej żyło się w głowie?

Robię bilans zysków i strat. Analizuję wartość poszczególnych znajomości. Wyniki nie są pesymistyczne. Tak naprawdę jestem przecież samotnikiem. Lubię towarzystwo ludzi, ale bez przesady. Ja się nigdy nie nudzę sam ze sobą. Poza tym jako gej powinienem ciągle pamiętać o tym, co mówił Brian z „Queer as Folk”. Są dwa rodzaje ludzi; jedni nienawidzą Twojego gejostwa za Twoimi plecami, drudzy prosto w twarz. Z tą wiedzą i pamięcią jest prościej.

To, że własna siostra nie akceptuje mojego związku — pal sześć, czy z zazdrości, czy z powodu swojego prawdziwego podejścia do homoseksualizmu — też jest do przeżycia. Tak, jak tu teraz siedzę, przyrzekam jednak — na żaden z jej ślubów, ilekolwiek by ich nie było (jeśli w ogóle jakieś), nie mam zamiaru się wybierać. Chyba że do tego czasu poczuję, że cieszy się moim szczęściem. I wyrosną mi kaktusy na dłoni, zarost z prawdziwego zdarzenia, a Benedykt XVI dobrowolnie zrezygnuje z pracy w korporacji.

Fitter, Happier. More Productive/Sobota, 21. listopada 2009 r./

Patrzę na świat oczami dziecka. Nie rozumiem niczego. Wszystko jest takie skomplikowane. Chciałbym coś powiedzieć; wiem, że nie powiem nic. Z niewyjaśnionych przyczyn usta znów kompletnie się zasznurowały. Bomba tyka od nowa. Ktoś ucieka. Ktoś pozostaje na miejscu, nie ma siły dłużej biec.

Na zielonej łące pod niebem z kilkoma chmurkami siadam z Nią. Rozmawiamy sobie o wszystkim. O tym, co widziała na koniec. O tym, co było dalej. Z Nią. Ze światem. Ze mną. Zza pazuchy wyciąga lody familijne. Płaczemy. Później się śmiejemy. Prawie pękamy ze śmiechu. Twoja śmierć tak bardzo mnie zmieniła, mówię z nagłym wyrzutem krwi do mózgu. Nie umiem teraz płakać odnośnie niczego innego! Zabrałaś mi nawet to!

Zaczynam krwawić. Z mózgu do samego środka. Męski okres dla najgłębiej wtajemniczonych. Silniejszy od najmocniejszego wytrysku.

No to HEY/Czwartek, 19. listopada 2009 r./

HEY, fot. Krzysztof Kozanowski

Kilka dni temu byłem na czwartym (chyba… bo już trochę tracę rachubę) koncercie zespołu HEY.

Był to pierwszy występ w moim życiu, w trakcie którego artyści zagrali swój ostatni krążek od A do Z — wszystkie utwory w kolejności takiej, jak na albumie. Dziwne i ciekawe doświadczenie. Taka była zresztą cała pierwsza połowa wieczoru.

Materiał zabrzmiał o wiele bardziej wyraziście niż wersje studyjne. Wiele utworów z tej części koncertu wywarło na mnie wrażenie, nawet pomimo tego, że wokal Kaśki bardzo ginął niekiedy w ścianie gitar i elektronicznych dźwięków, a aranżacje nie różniły się zbytnio od ścieżek zapisanych na kompakcie. Było trochę metafizycznie. Świetnie od samego początku (puszczone z taśmy „Vanitas”, w środku którego na scenę wkracza zespół, a na sam koniec Kaśka), aż po finał, gdy cierpliwa wokalistka wykonuje kameralne „Nie więcej” przed tłumem rozszalałej po „Kto tam? Kto jest w środku?” publiki. Ale dała radę.

Później zaskoczyło mnie m.in. „Cudownie” z drugiej płyty zespołu oraz „Wczesna jesień”, której nigdy wcześniej nie słyszałem na żywo.

Koncert miał trochę inny wymiar niż wszystkie dotychczasowe, które widziałem. Po MTV Unplugged znowu stworzyli coś innego. Odzywki Kaśki („wybaczcie, jesteśmy spięci jak… jak… baranie jaja”, „kiedyś, wiecie, założę jakieś szmaty i będę się tu wyginała przy tych piosenkach, no”) — bezcenne. Występ trwał prawie dwie godziny. Wizualizacje mieli niesamowite.

Krótko, bo za chwilę się zbieram. Wieczorem trzeci z najważniejszych koncertów tego roku w moim kalendarzu — Placebo.

Brother & Sister/Piątek, 13. listopada 2009 r./

Wiele razy było bardzo źle. Teraz jest znacznie gorzej.

Przez te wszystkie lata myślałem, że siostra akceptuje mój homoseksualizm. Oczywiście dostawałem sygnały, które dobitnie zaświadczały o zgoła odmiennym stanie rzeczy. Niczym zakochany bez wzajemności, któremu zdaje się, że może rozniecić iskrę pożądania w tym drugim — nie chciałem ich widzieć. Dopiero kiedy wyłożono karty na stół, podano kawę na ławę, tzn. kiedy znalazłem się w szczęśliwym i spełnionym związku™, zaczęło mi świtać, że już kilka lat temu usłyszałem wolałabym, żebyś był aseksualny. Tajemnicą pozostaje dla mnie to, jak mogłem nie wyciągnąć wtedy jedynie słusznych wniosków.

Bo teraz rozumiem. Bo teraz wstyd jej, że ma brata pedała. Szczerze wisi jej to, jak ułożą się jej relacje z człowiekiem, którego kocham — może ich w ogóle nie być, a najlepiej pewnie, żeby jak najszybciej w końcu nie było i jego. Moja kochająca siostra. Dawno, dawno temu byliśmy sobie tak bliscy.

Niechaj wisi i mnie. Jestem gejem. Przerabiałem to dziesiątki razy.

Niedzielny gracz™ poleca/Piątek, 6. listopada 2009 r./

Wszystkim dużym chłopcom, którzy pomału zastanawiają się już, co kupić sobie na gwiazdkę, zachwalam dzisiaj nowe dzieło studia Infinity Ward, czyli Call of Duty: Modern Warfare 2.

Dwa poprzednie wcielenia gry: Modern Warfare z 2007 roku (czyli tak naprawdę Call of Duty 4) i Call of Duty 2 z 2005, teraz do dostania za ok. 40-60 zł — też warte uwagi. Pierwsza z wymienionych wyznaczyła najwyższy standard produkcji typu FPS, druga do tej pory ma zagorzałych fanów, zwłaszcza wśród osób dysponujących komputerem sprzed kilku lat i preferujących klimaty II wojny zamiast nowoczesnych realiów bitewnych.

W USA aż dwa i pół miliona osób zamówiło Modern Warfare 2 przedpremierowo. Pierwsza część osiągnęła nakład czternastu milionów egzemplarzy. Gry mają ratingi oscylujące w przedziale od 16+ do 18+, czyli to rzeczywiście propozycje gwiazdkowe dla dość dużych chłopców (tegorocznym drugo/trzecioklasistom może lepiej do ich komunijnych konsol nie kupujcie). Przydadzą się też zwinne palce.

Premiera MW2 we wtorek. Wyżej pierwszy z oficjalnych trailerów, jakie poprzedzały wydanie, a tutaj ośmiominutowy fragment gry. Zaczyna się dość niewinnie, kończy… jak widać; w każdym razie warto poczekać do drugiej połowy i na finał.

Mój dobry znajomy zobaczył, że w opisie na GG linkuję te filmiki i pomyślał, że ktoś ukradł mój numer. Podobno nikt nie zna mnie od tej strony. Cóż, do zobaczenia we wtorek w empiku albo innym Media. Wszystkim niedowiarkom mogę nawet podpisać ich egzemplarz.

Jeszcze jedno na koniec — „trójka” i „piątka” Call of Duty były robione przez inne studio i są znacznie gorsze.

Siewca Cywilizacji Śmierci/Środa, 4. listopada 2009 r./

logo Trójki

W niedzielę rano włączyłem Trójkę i usiadłem do śniadania. O tej porze emitowana jest audycja Redakcji Katolickiej. Słyszałem fragmenty poprzednich programów, ale słowa, które padły tym razem, trochę mnie zszokowały.

Ja nie bardzo rozumiem, czemu Polskie Radio posiada taką redakcję, a np. muzułmańskiej nie? Przecież to też religia, a jak ostatnio sprawdzałem, nie byliśmy krajem wyznaniowym. Bo katolicyzm jest u nas najpopularniejszy? Co z ideą równości?

W audycji gościła para małżeńska tworząca zespół muzyczny propagujący ideologię Pro Life. Pani z małymi stópkami wpiętymi w klapę marynarki. Stópki dokładnie tej wielkości, jakie posiada dziesięciotygodniowy płód. Ich właścicielka podkreśla, że nawet kobiety, które dokonały aborcji, zdecydowały się na ten zły czyn, unieszczęśliwiając się, nie są godne potępienia. Wręcz przeciwnie. Należy im pomóc — odnaleźć drogę do Pana. Takie mniej więcej rewelacje i dużo więcej podobnych.

Prawie spadłem z taboretu. A co kiedy kobieta uszczęśliwiła się tym zabiegiem? Jeśli po przebrnięciu przez wszystkie etapy tej niewątpliwie przykrej procedury poczuła ulgę? Za rękę i do Pana! Może się nad nią ulituje.

Tak, jestem za prawem do aborcji nie tylko w drastycznych przypadkach. Prawem kobiety do pełnego stanowienia o swoim losie, do zarządzania własnym ciałem. Powinna mieć taką możliwość. Nie rozumiem, czemu w państwowym, publicznym radio opłacanym m.in. z mojego abonamentu, który do tej pory głupio co trzy miesiące przelewam, przeprowadza się indoktrynację na modłę jednej, przodującej w kraju religii. Nie dociera do mnie, czemu taki wyłączny model ma być wystarczający. Dobrze że ta audycja jest o godzinie, w której wszyscy siewcy cywilizacji śmierci tacy jak ja zazwyczaj jeszcze chrapią. Przynajmniej ciśnienie im się nie podniesie.

Czekam niecierpliwie na cykl produkcji Polskiego Radia pod wspólnym szyldem Pro Gay. Coś na wzór Lepiej Późno Niż Wcale z TokFM. Dla przykładu jak dobrze robić takie programy — polecam ostatni o rodzicach homoseksualnych dzieci.

Nekroturysta strikes back/Poniedziałek, 2. listopada 2009 r./

Na grobie Mamy paliło się wieczorem 28 zniczy. Nie jestem religijny, ale to chyba dobrze, że naszemu leniwemu społeczeństwu wyznaczono odgórnie jeden termin, przed którym wypadałoby ogarnąć trochę groby bliskich, bo inaczej będzie wiocha. Z Polakami często tak jest; jak im się czegoś nie zaordynuje, zawalają sprawę. A ta sprawa jest raczej dość ważna.

Nie ma bardziej przygnębiającego widoku niż zapomniany grób. Totalny symbol całkowitej śmierci jego rezydenta, umarłego nawet w pamięci. Nie myśli się o tych rzeczach, dopóki temat wybierania pomnika plus pozostała część pakietu nie dotknie nas samych. Dlatego wybaczam Pluto i jego ostatniej notce, która w jakiś sposób mnie dotknęła. Nie dlatego, że zazdroszczę mu Barcelony i tych wszystkich innych miejsc. W jego życiu brak chyba jeszcze cienia śmierci i to bardzo dobrze. Niech mu słońce jasno świeci, niech zwiedza różne słoneczne miasta przez długie lata, zamiast biegać po cmentarzach. Szczerze. Tylko po co z tego szydzić. Są osoby, które odwiedzają groby nie dlatego, że tak wypada i jest dużo widzów, przed którymi można prezentować nowe wdzianko.

Dobry XHTML 1.0 Strict | (CC) 1996 — 2010 Some Rights Reserved