prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed

Wtorek, 7. września 2010 r. | Ostatnio dodane: Tori, Thom & Edyta [2010-09-05] i Koncert EB [2010-08-29]

kulturalnie

Tori Amos w Polsce (19.06.2007)

koncert Tori, zdjęcie 1

Spełniłem ten sen. Byłem na koncercie Tori Amos. Tori grała dla mnie. To brzmi dość banalnie, ale zapewniam, że ona nie brzmiała tamtego wieczoru w podobny sposób ani przez moment.

Odkąd w Sali Kongresowej rozległy się pierwsze dźwięki oznajmiające fakt jej rychłego pojawienia się na scenie, zapadłem w swego rodzaju trans. Biłem brawo i reagowałem, jak na prawdziwego fana przystało, ale tak naprawdę trochę mnie przymuliło. Wrażenie okazało się przygniatające. Zapadłem w częściowy letarg i chłonąłem, ile tylko mogłem.

A na scenę zamiast oczekiwanej Tori weszła najpierw Santa, czyli jedna z Amerykańskich Lalek. Wystrojona w swoje nie za długie białe włosy i turkusową sukienkę na ramiączka gięła się konwulsyjnie niczym wyznawczyni jakiejś dziwnej religii. Zanim skierowała się w stronę fortepianu, wiedziałem już, jak żarliwie będziemy się za chwilę modlić.

Santa nachyliła się nad mikrofonem, a z jej ust popłynęło wyczekiwane przez wszystkich „swee-eet-co co-coo-muunion”, czyli wstęp do „Body & Soul”. Na żywo utwór ten zabrzmiał jeszcze mocniej niż na albumie. Publiczność oszalała.

Drugi zapadający w pamięć fragment koncertu nastąpił bardzo szybko. Była to gitara w „God”. Wiele razy słuchałem tego nagrania w domu, wyobrażając sobie, jak mogłoby brzmieć w wersji live. Teraz miałem okazję się przekonać. Nie wiem, jakimi słowami to opisać. „Totalny odjazd”?

koncert Tori, zdjęcie 2

Dobrze, że Tori przywiozła ze sobą gitarzystę. Promując koncertowo taki album jak „American Doll Posse”, raczej nie dałoby się grać dobrze bez niego. Szkoda jedynie, że przedstawiła muzyków w momencie, gdy nie było go na scenie („…no i Dan Phelps, który zaraz do nas wróci…” — jak dla mnie dziwny sposób uhonorowania jego talentu). Rozumiem, że Jon (bas) i Matt (perkusja) są jej bliżsi, ale mimo wszystko… trochę przyzwoitości, droga Bogini.

Tori na samym początku podkreśliła, jak bardzo cieszy ją fakt, że wreszcie jest tu z powrotem. Nie zabrakło odwołania do słynnej historii związanej z programem Piotra Kaczkowskiego. Każdej nocy z czwartku na piątek artystka mówi w Trójce: „Jest pierwsza pięć i nie wiem, gdzie teraz jestem, ale moje piosenki są tu z Wami, więc w jakiś sposób ja też…”. Podczas koncertu tradycyjnie przyznała, że dzisiaj wie dobrze, gdzie się znajduje.

W trakcie intymnego mini-recitalu solowego będącego stałym punktem każdego z koncertów (długo nie zapomnę uroczego „This is our time now…” szepniętego do mikrofonu na początku tej części) Tori wykonała coś na kształt improwizacji, której refren mówił mniej więcej o tym, że dobrze wie, gdzie jest teraz i że nie chce stąd odchodzić. Numer ten pojawił się w miejscu, w którym artystka gra zawsze coś związanego z krajem występu (w Australii przerobiła podczas poprzedniej trasy singiel Kylie Minogue). Niestety miałem wrażenie, że polska publiczność nie doceniła znaczenia owego „dziwa”, którego nigdy wcześniej nie słyszała. A szkoda.

koncert Tori, zdjęcie 3

W ogóle polscy fani Tori rozpoznają jej utwory w wersjach koncertowych dopiero wtedy, gdy Bogini zaczyna śpiewać. Ja robię to po wchodzącej na perkusję linii basu, ale głupio mi było emocjonować się tak w pojedynkę na długo przed tym, zanim cała sala zdała sobie sprawę z tego, co teraz będzie. Pewnie dlatego miałem wrażenie, że Tori nie złapała z nadwiślańską publiką jakiegoś szczególnego kontaktu. Cóż, może Boginie już tak mają :-)

Zaskoczyło mnie, jak bardzo Tori musi lubić Kaczkowskiego. Spodziewaliśmy się oczywiście i po cichu liczyliśmy na to, że koncert będzie bukietem jej najlepszych kompozycji, ale chyba mało kto przypuszczał, że zagra takie utwory z „Boys for Pele” i „Under the Pink”… Myślę, że to właśnie z powodu sympatii, jaką darzy Kaczkowskiego. Nie żebym narzekał — „Putting the Damage on” czy „Bells for Her”… o to nie sposób się gniewać.

Koncert według mnie wyprodukowano w świetny sposób zarówno od strony nagłośnienia, jak i świateł. Było głośno, ale nie do przesady. Ze ściany dźwięków (zwłaszcza przy tych bardziej energetycznych aranżacjach) bez problemu dało się wyłowić uchem zarówno wszystkie trzy „klawisze” Tori, jak i gitarę elektryczną oraz basową. Dźwięki w sposób perfekcyjny uzupełniała różnorodność oświetlenia oraz jego rytmiczne zgranie z wykonywaną partią utworu.

koncert Tori, zdjęcie 4

Ekspresja Tori na długo pozostanie mi w pamięci. Czego ona tam przy tym fortepianie i organach nie robiła! Wiła się niczym żmija, czasem sprawiała wrażenie, jakby usilnie szukała czegoś wzdłuż klawiatury, a kiedy indziej w totalnym rozkroku przebierała jedną ręką po jednej, a drugą po drugiej stronie. To było najlepsze.

Mimo zwichniętego kilka dni wcześniej w Oslo nadgarstka grała ponad dwie godziny. Bisowała dwukrotnie. „Code Red” i „Precious Things” to dla mnie ukoronowanie opisywanego występu.

Z nowej płyty zabrakło mi „Teenage Hustling” i „Smokey Joe”, z wcześniejszych — na pewno „Silent All These Years”, ale przecież nie można mieć wszystkiego. To co dostałem, zadowoliło mnie w zupełności. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru.

Cały koncert przedstawiał się następująco:
Santa: „Body & Soul”, „My Posse Can Do”, „God”, „Dragon”, „Secret Spell”,
„You Can Bring Your Dog” + niesamowity remiks „Professional Widow”, który pobrzmiewał podczas przebierania Tori i na którym Matt i Jon wpłynęli ze swoimi dźwiękami w momencie, gdy Tori była gotowa
Tori i zespół I: „Big Wheel”, „Crucify”, „Caught a Lite Sneeze”, „Cornflake Girl”,
„Bells for Her”, „Glory of The 80s”
Tori & Bös (kącik solowy): „Winter”, „Baker Baker” + niedoceniona pół-improwizacja o byciu tu i teraz
Tori i zespół II: „Putting the Damage on”, „Black Dove”, „Code Red”
Bis I: „Precious Things”, „Bouncing off Clouds”
Bis II: „Pancake”, „Hey Jupiter”

Zdjęcia dzięki uprzejmości serwisu cgm.pl.

2007

Dobry XHTML 1.0 Strict | (CC) 1996 — 2010 Some Rights Reserved