prawiebrunet.pl v29 | let the precious things bleed
kulturalnie
Tori Amos w Polsce (19.06.2007)
Spełniłem ten sen. Byłem na koncercie Tori Amos. Tori grała dla mnie. To brzmi dość banalnie, ale zapewniam, że ona nie brzmiała tamtego wieczoru w podobny sposób ani przez moment.
Odkąd w Sali Kongresowej rozległy się pierwsze dźwięki oznajmiające fakt jej rychłego pojawienia się na scenie, zapadłem w swego rodzaju trans. Biłem brawo i reagowałem, jak na prawdziwego fana przystało, ale tak naprawdę trochę mnie przymuliło. Wrażenie okazało się przygniatające. Zapadłem w częściowy letarg i chłonąłem, ile tylko mogłem.
A na scenę zamiast oczekiwanej Tori weszła najpierw Santa, czyli jedna z Amerykańskich Lalek. Wystrojona w swoje nie za długie białe włosy i turkusową sukienkę na ramiączka gięła się konwulsyjnie niczym wyznawczyni jakiejś dziwnej religii. Zanim skierowała się w stronę fortepianu, wiedziałem już, jak żarliwie będziemy się za chwilę modlić.
Santa nachyliła się nad mikrofonem, a z jej ust popłynęło wyczekiwane przez wszystkich „swee-eet-co co-coo-muunion”, czyli wstęp do „Body & Soul”. Na żywo utwór ten zabrzmiał jeszcze mocniej niż na albumie. Publiczność oszalała.
Drugi zapadający w pamięć fragment koncertu nastąpił bardzo szybko. Była to gitara w „God”. Wiele razy słuchałem tego nagrania w domu, wyobrażając sobie, jak mogłoby brzmieć w wersji live. Teraz miałem okazję się przekonać. Nie wiem, jakimi słowami to opisać. „Totalny odjazd”?
Dobrze, że Tori przywiozła ze sobą gitarzystę. Promując koncertowo taki album jak „American Doll Posse”, raczej nie dałoby się grać dobrze bez niego. Szkoda jedynie, że przedstawiła muzyków w momencie, gdy nie było go na scenie („…no i Dan Phelps, który zaraz do nas wróci…” — jak dla mnie dziwny sposób uhonorowania jego talentu). Rozumiem, że Jon (bas) i Matt (perkusja) są jej bliżsi, ale mimo wszystko… trochę przyzwoitości, droga Bogini.
Tori na samym początku podkreśliła, jak bardzo cieszy ją fakt, że wreszcie jest tu z powrotem. Nie zabrakło odwołania do słynnej historii związanej z programem Piotra Kaczkowskiego. Każdej nocy z czwartku na piątek artystka mówi w Trójce: „Jest pierwsza pięć i nie wiem, gdzie teraz jestem, ale moje piosenki są tu z Wami, więc w jakiś sposób ja też…”. Podczas koncertu tradycyjnie przyznała, że dzisiaj wie dobrze, gdzie się znajduje.
W trakcie intymnego mini-recitalu solowego będącego stałym punktem każdego z koncertów (długo nie zapomnę uroczego „This is our time now…” szepniętego do mikrofonu na początku tej części) Tori wykonała coś na kształt improwizacji, której refren mówił mniej więcej o tym, że dobrze wie, gdzie jest teraz i że nie chce stąd odchodzić. Numer ten pojawił się w miejscu, w którym artystka gra zawsze coś związanego z krajem występu (w Australii przerobiła podczas poprzedniej trasy singiel Kylie Minogue). Niestety miałem wrażenie, że polska publiczność nie doceniła znaczenia owego „dziwa”, którego nigdy wcześniej nie słyszała. A szkoda.
W ogóle polscy fani Tori rozpoznają jej utwory w wersjach koncertowych dopiero wtedy, gdy Bogini zaczyna śpiewać. Ja robię to po wchodzącej na perkusję linii basu, ale głupio mi było emocjonować się tak w pojedynkę na długo przed tym, zanim cała sala zdała sobie sprawę z tego, co teraz będzie. Pewnie dlatego miałem wrażenie, że Tori nie złapała z nadwiślańską publiką jakiegoś szczególnego kontaktu. Cóż, może Boginie już tak mają :-)
Zaskoczyło mnie, jak bardzo Tori musi lubić Kaczkowskiego. Spodziewaliśmy się oczywiście i po cichu liczyliśmy na to, że koncert będzie bukietem jej najlepszych kompozycji, ale chyba mało kto przypuszczał, że zagra takie utwory z „Boys for Pele” i „Under the Pink”… Myślę, że to właśnie z powodu sympatii, jaką darzy Kaczkowskiego. Nie żebym narzekał — „Putting the Damage on” czy „Bells for Her”… o to nie sposób się gniewać.
Koncert według mnie wyprodukowano w świetny sposób zarówno od strony nagłośnienia, jak i świateł. Było głośno, ale nie do przesady. Ze ściany dźwięków (zwłaszcza przy tych bardziej energetycznych aranżacjach) bez problemu dało się wyłowić uchem zarówno wszystkie trzy „klawisze” Tori, jak i gitarę elektryczną oraz basową. Dźwięki w sposób perfekcyjny uzupełniała różnorodność oświetlenia oraz jego rytmiczne zgranie z wykonywaną partią utworu.
Ekspresja Tori na długo pozostanie mi w pamięci. Czego ona tam przy tym fortepianie i organach nie robiła! Wiła się niczym żmija, czasem sprawiała wrażenie, jakby usilnie szukała czegoś wzdłuż klawiatury, a kiedy indziej w totalnym rozkroku przebierała jedną ręką po jednej, a drugą po drugiej stronie. To było najlepsze.
Mimo zwichniętego kilka dni wcześniej w Oslo nadgarstka grała ponad dwie godziny. Bisowała dwukrotnie. „Code Red” i „Precious Things” to dla mnie ukoronowanie opisywanego występu.
Z nowej płyty zabrakło mi „Teenage Hustling” i „Smokey Joe”, z wcześniejszych — na pewno „Silent All These Years”, ale przecież nie można mieć wszystkiego. To co dostałem, zadowoliło mnie w zupełności. Nigdy nie zapomnę tego wieczoru.
Cały koncert przedstawiał się następująco:
Santa: „Body & Soul”, „My Posse Can Do”, „God”, „Dragon”, „Secret Spell”,
„You Can Bring Your Dog” + niesamowity remiks „Professional Widow”, który pobrzmiewał podczas przebierania Tori i na którym Matt i Jon wpłynęli ze swoimi dźwiękami w momencie, gdy Tori była gotowa
Tori i zespół I: „Big Wheel”, „Crucify”, „Caught a Lite Sneeze”, „Cornflake Girl”,
„Bells for Her”, „Glory of The 80s”
Tori & Bös (kącik solowy): „Winter”, „Baker Baker” + niedoceniona pół-improwizacja o byciu tu i teraz
Tori i zespół II: „Putting the Damage on”, „Black Dove”, „Code Red”
Bis I: „Precious Things”, „Bouncing off Clouds”
Bis II: „Pancake”, „Hey Jupiter”
Zdjęcia dzięki uprzejmości serwisu cgm.pl.
2007



